czwartek, 21 marca 2013

GOŁĄB O PORANKU



Zbudziło mnie gruchanie dobiegające zza okna. Złowieszcze Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz...  przebiegło mi przez myśl. Gołębie są chyba wszędzie i po paryskim epizodzie wcale nie mają zamiaru zostawić mnie w spokoju. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna, miałam zamiar narobić okropnego hałasu i na śmierć przestraszyć pierzastego stwora, gdy zobaczyłam błękitną wstążeczkę przy pomocy której ktoś przytwierdził niewielki rulonik do nóżki ptaka. Zamachałam gwałtownie rękoma, ale srebrno szary ptak nie zląkł się, przekręcił tylko łepek lekko w bok i spojrzał na mnie. Mogłabym przysiąc, że spojrzenie to pełne było politowania. Przez uchylone okno chwyciłam skrzydlatego potwora, a ten bez protestów pozwolił mi zdjąć przesyłkę.
Dawno nie byłam niczym aż tak zaskoczona, jak tego ranka. Nie wiem, czy to biedne ptaszysko leciało do mnie z samego Paryża, czy było wynajęte od tubylczych gołębiarzy, ale wiadomość, którą mi przyniosło, ścięła mnie z nóg. Na delikatnym pergaminie przepięknie wykaligrafowano zaproszenie na ślub Kaśki i Vincenta.
Obudziłam się w ułamku sekundy. Śmiejąc się w głos pobiegłam do telefonu. Zanim do niego dotarłam zgubiłam ciapcia i bosym palcem z całej siły walnęłam w róg szafki.
- Cholerne feng shui! - syknęłam z bólu i obiecałam sobie, że natychmiast biorę się za przemeblowanie, bo ma być po mojemu, skoro i tak miłość i pieniądze mój dom omijają.
- Kaśka? Kaśka! - krzyczałam do telefonu - Ptaszydło do mnie przyleciało! Tak bardzo się cieszę!
Przez następną godzinę podekscytowana Kaśka opowiadała mi o tym jak się z Vincentem kochają, że już się nie mogą doczekać ślubu, że na miesiąc miodowy wylatują na Barbados, a po powrocie zamieszkają w Warszawie, razem z mamusią, a jakże.
- Irka, czekamy na ciebie tutaj. Wiesz, tak bym chciała żebyś i ty była równie szczęśliwa - rozmarzona dodała po chwili - Mam nadzieje, że przywieziesz swojego lubego? - zapytała lecz  nie czekała na odpowiedź - Musze już lecieć kochana. Jestem umówiona z mamusią Vincenta na śniadanie, a później będziemy wybierać zastawę na przyjęcie weselne. - Wytrajkotała. - Zadzwonię wkrótce. I pamiętaj, że chcemy poznać twojego ukochanego! - Rozłączyła się.
- No tak, ukochanego... - zamyśliłam się - jego z całą pewnością nie przywiozę...
Wzięłam telefon do ręki i zaczęłam szukać numeru - K..., L..., M - Michael... Nie, nie mogę do niego zadzwonić, chyba powinnam wykasować ten numer! N - nowy. Miał być ukochany, a nawet w telefonie widnieje jako "nowy" - to musiał być jakiś znak. Wybrałam numer i zadzwoniłam. Z Nowym umówiłam się na wieczór. Już oczyma wyobraźni widziałam jak cieszy się na wyjazd do Francji.

środa, 20 marca 2013

BŁĘDNY KRĄG



Powrót do Anglii nie okazał się być powrotem do przeszłości, przeciwnie - każdy nowy dzień pozwalał mi się od niej odcinać, tak przynajmniej mi się zdawało i tej myśli chciałam się trzymać. Nigdy nie próbowałam palić za sobą mostów, ale za to budowałam mury. W każdym z nich umieszczałam furtkę, czasem nawet kilka, a wrota te otwierały się tylko od zewnątrz. Postanowiłam nie wracać do przeszłości, ale równocześnie pozwoliłam jej dotrzeć do mnie, tak na wszelki wypadek.
Z Michaelem i Grzegorzem nadal łączyły mnie przyjazne stosunki. W końcu byli to ci ważni mężczyźni w moim życiu. Michael dzwonił sporadycznie, by zapytać jak się mam i jak wygląda moje życie. Cieszył się moimi sukcesami i smucił porażkami. Jednak ja nie chciałam z nim się znów zbliżyć. Grzegorz dzwonił i pisywał. Wciąż traktował mnie jak swoją kobietę, równocześnie dając mi ogrom wolności. Nie złościł się kiedy opowiadałam mu o własnych poczynaniach, nie wpadał w furię kiedy słyszał o moich kolejnych przyjacielach  - choć wyczuwałam wielkie napięcie z jego strony telefonu. Czekał. Sprawiał wrażenie człowieka, który pogodził się z rzeczywistością, a jednocześnie tak bardzo mnie kochał, że gotów był pozwolić mi na absolutnie wszystko, na każde szaleństwo, po to tylko bym wróciła jak już się wyszumię. Jestem pewna, że gdybym zdecydowała się mieć dziecko z którymś z moich przyjaciół, zaakceptowałby je i pokochał jak swoje własne. Minęło wiele długich miesięcy zanim zrozumiał, że ja odeszłam, na zawsze, że już nigdy nie wrócę. Upłynęło kilka lat zanim związał się z inną kobietą. Proces odchodzenia od Grzegorza przebiegał bardzo długo. Przez kolejne miesiące walczyłam sama ze sobą o siebie. Gdyby nie splot poszczególnych wydarzeń, pewnie nie zdobyłabym się na odejście i każdego dnia umierałabym u jego boku. Kiedyś myślałam, że moją największą porażką była nieumiejętność utrzymania tej miłości, dziś wiem, że nikt nie jest wystarczająco silny, by toczyć samotny bój o miłość i co więcej - wygrać go. Straciłam parę lat i kilka szans. Na chwilę utraciłam poczucie własnej wartości. Trudno. Dziś dzięki temu wszystkiemu jestem silniejsza.
***
Poznawałam kolejnych mężczyzn, niektórych kurczowo się trzymałam, łudząc się, że skoro mówią coś o miłości, to muszą tak czuć, a i pewnie ja z czasem ich pokocham. Intuicja podpowiadała mi, żeby zabierać nogi za pas i uciekać, zanim stanie się coś niedobrego. Zwykle jej słuchałam. Zwykle... Spotkałam kogoś. Był cudownym kochankiem i tak pięknie mówił o miłości. Snuł plany na przyszłość, opowiadał o domku ogrodzonym białym płotkiem, o nas, o wspólnych dzieciach... Z czasem zaczęłam w tym obrazku odnajdywać elementy, które mi się podobały i z którymi chciałam się identyfikować za wszelką cenę. To nic, że mój mózg krzyczał aby uważać, bo w tym człowieku jest jakiś niebezpieczny mrok, że nic o nim nie wiem, a on poza opowiadaniem o swoim życiu nie robi nic, abym stała się jego częścią. Brnęłam w ten układ coraz dalej i dalej, zagłuszając głos rozsądku. Co z tego, że był chorobliwie zazdrosny, że ciągle się kłóciliśmy? Przecież nikt nie potrafił tak pięknie się godzić jak on. I bez znaczenia było, że po wszystkim wpędzał mnie w poczucie winy.
***
Upłynął już ponad rok od mojej wielkiej ucieczki. Tęskniłam za starymi przyjaciółmi i któregoś dnia zadzwoniłam do Marii. Umówiłyśmy się, że spędzimy najbliższy weekend w Londynie, zatrzymamy się w jakimś B&B - możliwie najtańszym - pozwiedzamy stolicę, a noc spędzimy w którymś ze słynnych londyńskich klubów. Podstawą powodzenia jest dobry plan - tak zawsze mawiała Kaśka. Miałyśmy więc plan i realizowałyśmy go krok po kroku. Spotkałyśmy się przed dworcem na Liverpool Street i stamtąd pojechałyśmy do hotelu zostawić bagaże i ruszyć na zwiedzanie miasta. Podążyłyśmy śladem milionów turystów: Big Ben, Pałac Westminster, Opactwo Westminsterskie, London Eye, London Bridge... Aż w końcu dotarłyśmy do cieszącego się międzynarodową sławą, tryskającego tysiącem barw Piccadilly Circus. Wyjęłam aparat i zaczęłam uwieczniać słynne świetlne reklamy. Maria pozowała do zdjęć z wielką radością, chichocząc przy tym niczym dziecko. Nagle przestała się śmiać, a w obiektywie zauważyłam, że wpatrując się gdzieś za mnie zupełnie spoważniała. Jej sylwetka wyrażała napięcie i oczekiwanie. Odwróciłam się. Za moimi plecami stał Michael.
- Jesteśmy w jednym z największych miast świata, na jednym z najtłumniej odwiedzanych placów na świecie i trafiamy na ciebie - powiedziałam na powitanie - Miło cię widzieć - dodałam z uśmiechem i uścisnęłam jego dłoń. Byłam zdumiona z jakim spokojem i łatwością przyszło mi to. Żadnego kołaczącego się w piersi serca, żadnego zmieszania, nic poza najzwyklejszą, szczerą radością na widok dawnego przyjaciela. Czyżbym wyleczyła się z niego?
We trójkę poszliśmy na kawę. Michael chciał ze mną porozmawiać, zaproponował więc, że zawiezie mnie nazajutrz do domu. Zgodziłam się.
***
- Co u ciebie? - zagadnął, gdy tylko ruszyliśmy w drogę - masz kogoś?
- Dlaczego pytasz?
- Interesuje mnie, co się z tobą dzieje. Przecież wiesz, że jesteś moją wyjątkową przyjaciółką.  To jak, masz kogoś? - dopytywał, a ja tylko nieznacznie się uśmiechnęłam. Nie był to żaden z radosnych uśmiechów, raczej ten z serii tęsknych i smutnych. Michael tylko popatrzył na mnie, chwycił moją dłoń, pogładził palce i rzekł - Mam nadzieję, że jest dla ciebie dobry.
Zapanowała pełna wyczekiwania cisza. On czekał na długą opowieść, a ja na wyjaśnienie przyczyny tej podróży i zadawanych pytań.
- Kochasz go? - zaczął - Odpowiedz, proszę.
- Nie wiem. On twierdzi, że kocha mnie, czy to nie wystarczy na dobry początek? - odparłam - A ja, no cóż, chciałabym, czasem jednak myślę, że nie umiałabym pokochać nikogo poza... - Urwałam, a gdzieś tam w głębi poczułam ogromny ból, zupełnie jakby ktoś rozrywał moje serce na strzępy. - Poza tym nie chcę komplikować nikomu życia. Wystarczy, że moje jest zagmatwane - dodałam refleksyjnie i odwróciłam się w stronę okna.
Dalsza droga upłynęła nam pośród nic nie znaczących rozmów o pogodzie - to takie angielskie, a nam wyjątkowo dobrze i zabawnie wychodziło pokazywanie, jak łatwo jest przesiąknąć całą tą angielskością. Michael był prawdziwym mistrzem w naśladowaniu Brytyjczyków. Czasem miałam wrażenie, że rozmawiam z członkiem Rodziny Królewskiej, nie z Jamajczykiem, który zamieszkał na Wyspach Brytyjskich zaledwie przed dwudziestu laty.
- Zaprosisz mnie na kawę? - zapytał wnosząc mój bagaż po schodach.
***
Drżącymi rękoma podałam Michaelowi kubek z gorącym napojem, a on powąchawszy, odstawił go na stół.
- Dziękuję, pyszna!
- Nawet jej nie spróbowałeś.
- Nie. Nie muszę próbować, wiem. Podejdź do mnie - zażądał, a ja posłusznie zbliżyłam się do niego. Gotowa byłam zrobić wszystko, o co by mnie poprosił. Jednym ramieniem objął mnie w pasie, przyciągając jeszcze bliżej, a wolną dłonią odgarnął opadające mi na twarz włosy. Kciukiem przejechał po moich wargach, a ja czułam jak nogi uginają sie pode mną, a ziemia ucieka spod stóp. Chwycił mnie mocno aby pocałować najczulej i najnamiętniej jak tylko mogłabym marzyć. Osunęliśmy się na kolana i całowali tak zapamiętale, jak gdyby od tego zależało nasze życie.
Świt zastał nas na kuchennej podłodze. Wzięliśmy razem prysznic i zjedliśmy śniadanie. On ruszył w drogę powrotną do Londynu, a ja zaczęłam szykować się do pracy.
Czy to nigdy się nie skończy?
Czy zawsze już będziemy do siebie wracać?
Czy, jeśli rzeczywiście każdy z nas ma gdzieś swoją drugą połowę, to i my zostaliśmy stworzeni dla siebie, a tylko przez splot okoliczności nie dane nam było trafić na siebie w odpowiednim czasie?
Te i dziesiątki podobnych myśli kłębiły mi się w głowie, a ja pijąc gorącą kawę i paląc kolejnego papierosa wpatrywałam się w przestrzeń za oknem. Do Michaela czułam coś wyjątkowego i niezwykle silnego, lecz w tym przypadku niestety rozsądek musiał wziąć górę nad uczuciami. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości: Dziękuję i przepraszam. Wiem, że nie powinienem był tego robić, ale to było silniejsze ode mnie. xxx
Zarzuciłam płaszcz na plecy i poszłam do pracy, tam nie miałam czasu na rozmyślania.

czwartek, 14 marca 2013

DOM?


Z lotniska odebrał mnie nasz wspólny przyjaciel - Grzegorza i mój - chwycił mnie w ramiona i zakręcił młynka.

- Irka, wyglądasz oszałamiająco! - zawołał - Grzesiek będzie musiał mieć się na baczności, bo mu ktoś gotów wykraść ten klejnot.
- Stary wariat jesteś i żarty sobie ze mnie robisz - rzuciłam, ale muszę przyznać, że mile połaskotał mą kobiecą próżność tym wyznaniem.

W domu czekał na mnie bukiet przepięknych róż, kosz z olejkami aromatycznymi, butelka wina i list:


Irko! 

Tak bardzo się cieszę, że już jesteś! Nie mogłem się doczekać Twojego powrotu, niestety świat czasem nie sprzyja młodym kochankom. 

W łazience czekają na Ciebie świece, weź aromatyczną kąpiel, napij się wina i zrelaksuj. 

Będę o 21:00 i zrewanżuję się. 

Kocham Cię! 

Grzegorz


Nie wiedzieć czemu, ale nie zdziwiłam się bardzo. Pomyślałam tylko, że są na świecie ludzie, którzy nigdy się nie zmieniają.

***

Tak jak przypuszczaliśmy, rozłąka bardzo dobrze nam zrobiła. Podczas moich wojaży straciłam dwadzieścia kilo, przestałam się garbić, moja skóra odzyskała blask, a ja pewność siebie. Kolejne miesiące upływały nam na zerkaniu sobie w oczy i wzdychaniu. Nużyło mnie to jednak. To nie w Grzegorza oczy chciałam spoglądać, nie jego usta czuć na moich, nie z nim sypiać i nie jego trzymać za rękę na spacerach.
Przez cztery miesiące patrzyłam na niego z ogromną sympatią i szacunkiem, ale bez miłości, na którą niewątpliwie zasługiwał. Aż przy niedzielnym obiedzie, pomiędzy drugim daniem i deserem, zakomunikowałam, że odchodzę.

Myślę iż Grzegorz od dawna był na to przygotowany, łudził się tylko, że moment ten nie nadejdzie i że pomimo wszystko zdecyduję się być z nim, bo przecież nie było aż tak źle... Nie odpowiedział jednak nic. Popatrzył na mnie i dokończył obiad.

- Jutro rano mnie już tu nie będzie. Spakuję się szybko i zniknę.
- Nie! - powiedział chłodnym, lecz spokojnym głosem - Zostaniesz tutaj tak długo, jak długo będziesz potrzebowała. Naprawdę cię kocham i nie pozwolę abyś błąkała się po jakichś znajomych zupełnie bez sensu i celu. To twój dom i opuścisz go, kiedy będziesz miała dokąd iść.

Byłam mu niezmiernie wdzięczna za te słowa. Dał mi czas na znalezienie pracy i mieszkania. Pokazał, że jednak byłam dla niego kimś specjalnym.

***

W Polsce nie chciałam zostać, zbyt wiele reminiscencji wiązało mnie z tym krajem. Zbyt wiele złych wspomnień. Postanowiłam więc wrócić do Anglii. Nie tylko dlatego, że Michael tam był, ale dlatego, że dobrze mi się tam żyło. Tym razem wybrałam jednak zupełnie inne hrabstwo. Nie przypominało ono w niczym urokliwego Essex z jego przyjaznymi ludźmi. Było zimne, wielokulturowe, a jednak szare i nieprzyjazne, no i na domiar złego ciągle padał deszcz. Nie przeszkadzało mi to tak bardzo, bo wiedziałam, że to tylko kolejny przystanek w mojej wędrówce.

Po przyjeździe poinformowałam o tym Michaela, sama nie wiem dlaczego - może uważałam, że powinien o tym wiedzieć, może dlatego, iż chciałam go jeszcze spotkać... Tymczasem prowadziliśmy rozmowy telefoniczne. W trakcie którejś z nich zapytał:

- Dlaczego wtedy wyjechałaś?
- Naprawdę się nie domyślasz? - zagadnęłam - Przez ciebie. Musiałam.
- Nie rozumiem dlaczego musiałaś - dopytywał.
- Bo umierałam bez ciebie. Rozumiesz to? Ja się w tobie śmiertelnie zakochałam i musiałam uciec od tej miłości, żeby przez nią nie umrzeć.

wtorek, 12 marca 2013

UCIECZKA PIERWSZA


Grzegorz pisywał do mnie ckliwe listy, dzwonił też częściej niż dotychczas, stał się troskliwy, kochający i nade wszystko zainteresowany. Przestał wyszydzać moją pracę, a nawet zaczął doceniać pewne jej aspekty, przyznając iż tylko wyjątkowi ludzie do niej się nadają. Zaczął interesować się moimi przyjaciółmi, co nie oznacza wcale iż darzył ich sympatią. Ciekawiło go gdzie bywałam, o czym myślałam i jakie snułam plany. Przy każdej nadarzającej się sposobności powtarzał jak bardzo nie mógł doczekać się mojego powrotu. Wszystkie lata z nim spędzone nauczyły mnie zachować dystans do tych deklaracji, cieszyć się nimi, lecz nie traktować jako coś, co będzie obowiązywać za pół roku. O Grzegorzu myślałam ciepło i czasem nawet tęskniłam. Wierzyłam, że jak wrócę, zaczniemy wszystko od nowa i że będzie już tylko dobrze. Nawet jeśli nie doskonale, to owo dobrze brzmiało wręcz wyśmienicie, przynajmniej w świetle wszystkich tych okropnych długich miesięcy, które przypadły nam w udziale.
***
Michael wrócił do mojego życia. Nie widywaliśmy się już tak często. Wpadał do mnie raz, może dwa razy w miesiącu i sprawiał wrażenie czymś przygnębionego. Nie chciał przyznać się, co go tak gryzło, a ja - przez szacunek do niego i jego decyzji - nie dopytywałam. Chciałam wierzyć, że chwile, które wspólnie spędzaliśmy, sprawiały iż choć przez moment był szczęśliwy. Może nie tak jak ja, bo dla mnie świat przestawał istnieć i liczył się tylko on - nader interesujący mężczyzna. Pomimo tych spotkań, czułam że usychałam z tęsknoty. Bywały takie dni, kiedy nie potrafiłam się na niczym skupić i tylko uporczywie wpatrywałam się w telefon, tak jakbym tym patrzeniem zdołała sprawić by wreszcie zadzwonił. Sama do Michaela nie dzwoniłam, nie chciałam bowiem wpędzić go w żadne kłopoty - mógł przecież być w towarzystwie żony lub po prostu ciężko pracować. Kiedy dzwonił, moje serce zaczynało bić szybko, niczym łopoczący skrzydłami ptak zrywający się do lotu. 
Co chwile wracały do mnie słowa Marii - Ty go kochasz... I ten jej spokojny, ale jednocześnie smutny uśmiech. Wreszcie dotarło do mnie, że ona miała rację, że to co czuję do Michaela to nie zauroczenie, żadna fascynacja czy pasja. Że to miłość. Miłość, która nigdy nie mogłaby się spełnić. Miłość, która z czasem zaczęłaby przynosić więcej bólu niż radości. Podjęłam wtedy decyzję, bolesną, ale jedyną możliwą. Wyjeżdżam. Kupiłam bilet do Polski, zrezygnowałam z pracy i dopiero wówczas powiadomiłam o wszystkim Michaela. Zrobiłam tak, aby nie było już odwrotu. Dwa dni przed wylotem Michael przyjechał do mnie, by się pożegnać.
- Wpadłem tylko na chwilę - powiedział stając w drzwiach. Zaprosiłam go do środka, choć obawiałam się tego. Wiedziałam, że on mógłby powstrzymać mnie od zamierzonego działania. - Chciałbym abyś nigdy o mnie nie zapomniała - stwierdził smutnym głosem, wyciągając w moją stronę niewielkie, czerwone pudełko. - Otwórz proszę.
W środku znajdowały się niezwykłej urody szmaragdowe kolczyki.
- Jak tu cię nie kochać - pomyślałam i przytuliłam się do niego najmocniej, jak potrafiłam.
- Dziękuję, są piękne! Naprawdę nie musiałeś... Nie ma takiej siły, która sprawiłaby bym o tobie kiedykolwiek zapomniała. - podziękowałam z największym uśmiechem na ustach, na jaki było mnie wówczas stać.
Rozstaliśmy się spokojnie. W smutku i z wieloma niewypowiedzianymi słowami, które można było wyczytać w naszych oczach, ale bez łez.

niedziela, 10 marca 2013

JA


Najbardziej zdziwił mnie spokój, który zawitał w mojej głowie. Wbrew temu, co mi się zdawało, nie rwałam włosów, nie wyłam do księżyca ani nie popadłam w żaden nałóg, w każdym razie w żaden nowy nałóg. Praca stała się moim drugim domem, czasem szłam do jakiegoś pubu, czasem nawet umawiałam się na randki, głównie bardzo niewinne, choć zdarzało mi się zatonąć w czyichś ramionach w poszukiwaniu wytchnienia, zapomnienia i nowych wrażeń. O Michaelu starałam się nie myśleć, choć nigdy nie mogłabym o nim zapomnieć. Zbyt dużo chwil spędziliśmy razem, do zbyt wielu miejsc zawitaliśmy. Przypominały mi go zasuszone kwiaty, pocztówka z Antyli, naszyjnik przywieziony z Jamajki, włoska kawiarenka, obok której często przechodziłam, a która była świadkiem naszych wspólnych chwil. Nie mogłabym o nim zapomnieć, bo za każdym razem gdy spoglądałam w lustro, widziałam siebie taką jaką on mnie widział i taką jaką nauczył mnie widzieć siebie - silną, niezależną, inteligentną i atrakcyjną kobietę. Los lubi płatać figle, ale bywa też bardzo szczodry jeśli zdecyduje się sprawić komuś przyjemność.
Moje stosunki z Grzegorzem uległy ociepleniu. Do dziś nie wiem, czy dlatego, że wreszcie mnie odwiedził i spędziliśmy cały tydzień tylko ze sobą, co nie miało miejsca od bardzo dawna, a może dlatego, że byłam o wiele silniejsza niż pół roku wcześniej i potrafiłam stawić czoła każdej krytyce z jego strony. Tyle, że Grzegorz przestał mnie krytykować. Przeciwnie, patrzył na mnie z uwielbieniem, tym samym które wyzierało z jego oczu całe lata temu.
- Musiałam spotkać tych wszystkich mężczyzn i wziąć od nich coś, w zamian oddając kawałeczki siebie, abyś wreszcie mnie zapragnął - myślałam, ale nigdy mu tego nie powiedziałam. Uważałam, że zadałabym mu zupełnie niepotrzebny cios czyniąc takie  wyznanie. Sama też nigdy nie zapytałam czy kogoś miał. Nie chciałam wiedzieć, bo po co?
Kaśka coraz częściej przebąkiwała coś o ślubie, a ja nie wiedziałam czy odwodzić ją od tego pomysłu, czy wspierać. Ostatecznie postanowiłam być dla niej podporą, bo niby dlaczego nie? Skoro ona i Vincent kochają się i świata poza sobą nie widzą niech się pobierają i płodzą dzieci. Przecież może im się udać.
Nie minęło dużo czasu, choć dla mnie była to wieczność, aż Michael wreszcie zadzwonił. Wcześniej wysyłał maile. Maria nigdy nie zagłębiała się w szczegóły moich przygód, ani związków. Akceptowała mnie z wszystkimi moimi wyborami. Tego dnia po raz pierwszy wypowiedziała się na temat Michaela.
- Ty go kochasz.
- Nie bądź niepoważna - odparłam, na co Maria tylko się uśmiechnęła.

MICHAEL


Michael przyjechał do mnie we czwartek. Czwartek od tego momentu stał się dla mnie Dniem Świętym, a ten należy święcić. W każdy czwartkowy wieczór rozlegał się dzwonek do drzwi, stawał w nich ON, chwytał mnie za rękę i zabierał do sypialni. To właśnie wtedy zaczęliśmy uprawiać miłość, a nie zwyczajnie sypiać ze sobą czy pieprzyć się. Te wykradane wieczory pełne były namiętności. Michael zabierał mnie w takie rejony, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Mając go w ramionach, w sobie, śmiałam się i płakałam, a on scałowywał łzy z moich policzków. Był mi kochankiem i przyjacielem. Nauczył mnie siebie i pokazał jak potężną broń posiadam.

Któregoś ranka zbudziło mnie pukanie do drzwi.

- Irka, masz gościa. - Zza drzwi dobiegł głos Marii. Zarzuciłam na siebie szlafrok i rozespana zeszłam na dół. Natychmiast poczułam zapach parzonej kawy i świeżych bułeczek. Dziwne, przecież urodziny miałam już dawno. W kuchni czekał na mnie Michael, a ja po raz pierwszy pomyślałam z zazdrością, jak wielką szczęściarą jest jego żona.
- Dzień dobry! - powiedział z uśmiechem -mam nadzieję, że nie masz mi za złe tej wczesnej pobudki.

Jakże mogłabym mieć mu cokolwiek za złe? Jemu pozwoliłabym nie tylko budzić mnie bladym świtem, ale i nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie pozwalał mi spać w ogóle.

- Przywiozłem ci śniadanie. Jak zjemy, to wykradam cię na cały dzień. - Zakomunikował głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ale ja muszę do pracy - zaprotestowałam, a on tylko stwierdził, że mogę zadzwonić i powiedzieć, że jestem chora.

Niewątpliwie Michael ma dar przekonywania, bowiem dwadzieścia minut później wsiadłam do jego samochodu i odjechaliśmy w stronę Colchester. Anglia o tej porze roku jest wyjątkowo piękna. Jadąc wiejskimi dróżkami podziwiałam niekończące się zielone łąki, maleńkie domki, do złudzenia przypominające te, w których mieszkają skrzaty, drzewa na których pękają pąki liści... I nawet słońce przyjemnie grzało. Zatrzymaliśmy się w jakimś niewielkim miasteczku. Michael pokazał mi sklepiki z antykami, gdzie długo przeglądaliśmy starocie, zabrał na spacer nad rzekę, a na koniec na wyśmienity lunch w miejscowej knajpce. Nie był to jedyny taki niespodziewany wyjazd. Mike lubił sprawiać mi niespodzianki, a ja uwielbiałam kiedy to robił.
Nie przeczuwałam nic niedobrego, kiedy wpadł do mnie któregoś wieczora, później niż zwykle, i zabrał do pobliskiego pubu. Pub ten, tak jak większość, mieścił się w czternastowiecznym budynku. Jego właściciele dołożyli wszelkich starań aby zachować oryginalne cechy architektoniczne. Wnętrze wyposażono w utrzymane w średniowiecznym stylu meble ustawione na kamiennej podłodze. Oświetlono je delikatnie i nastrojowo. Z głośników dobiegały dźwięki jazzu w najlepszym wykonaniu, była to muzyka zupełnie inna od tej, która wypełniała ściany innych pubów.

- Serwują tu wyśmienite owoce morza - powiedział Michael, gdy zajęliśmy miejsce przy jednym z narożnych stolików, a kelnerka zapaliła na nim świeczkę i podała nam menu - Miałabyś ochotę skosztować?

Nigdy wcześniej nie jadłam nic, poza rybami, co zostałoby wyłowione z wody, ale skoro on twierdził, że są pyszne, nie mogło być inaczej. Zaproponowałam aby wybrał coś dla mnie. Zamówił małże świętego Jakuba w sosie pomidorowym. Nie wyglądały zachęcająco, ale smakowały wybornie.

Długo tak siedzieliśmy w milczeniu rozkoszując się własnym towarzystwem, średniowieczną atmosferą i doskonałą muzyką. W końcu Michael wziął w dłonie moje ręce, spojrzał mi w oczy i z niekłamanym smutkiem wyszeptał:
- Przez jakiś czas nie będę mógł się z tobą widywać, a już na pewno nie tak często jak dotychczas.
- Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku - odparłam zaniepokojona, a nic innego nie przychodziło mi do głowy. Miałam w niej zupełną pustkę i tylko słyszałam słowa Michaela, powtarzające się jak echo. Tak bardzo nie chciałam aby to było pożegnanie.
- Wszystko będzie w porządku - Uśmiechnął się nieznacznie i zamilkł. Chyba zamilkł, bo tak naprawdę to ja nie chciałam już nic więcej słyszeć. W całkowitym milczeniu jechaliśmy do domu, a tam kochaliśmy się także w zupełnej ciszy. Pierwszy raz Michael uronił łzę. Był smutny.
- Idź już. - powiedziałam odwróciwszy się na bok i zacisnąwszy mocno powieki.
- Spij moja piękna. - Odparł - Zadzwonię.

*****


Mieszkanie było zupełnie puste. W powietrzu nie unosiły się żadne zapachy, co oznaczać tylko mogło, że Kaśka wyszła już dość dawno i lada chwila może wrócić, a ja zupełnie nie wiedziałam, jak mogłabym wytłumaczyć się z całonocnej nieobecności. Wstawiłam do piekarnika jakąś mrożonkę, a sama wskoczyłam pod prysznic. Postanowiłam nie myśleć o niczym innym, tylko o przyszłości. W ten czy inny sposób będę szczęśliwa, taki mam plan na przyszłość - pomyślałam. Kiedy miałam już zasiąść do obiadu, w domu rozległ się szczęk przekręcanego w zamku klucza. To musiała być Kaśka, a ja nie zdążyłam wymyślić żadnej historyjki. Przyjdzie mi improwizować, lub powiedzieć prawdę. Życie byłoby zdecydowanie łatwiejsze, gdybym nie musiała kłamać, ale Kaśki świat ległby w gruzach, a tego nie mogłabym jej zrobić.

- Cześć Ireno! - przyjaciółka w świetnym humorze wpadła do kuchni i natychmiast nałożyła sobie resztkę przygotowanego jedzenia. I to Ireno... Skąd jej przyszło do głowy, by tak mnie nazywać? Znamy się całe życie, a jeszcze nigdy nie zwróciła się do mnie w ten sposób.
Siedziała po przeciwnej stronie stołu, z tym dziwacznym uśmiechem na ustach i wpatrywała się we mnie oczekując, aż się odezwę. Twoje niedoczekanie - pomyślałam i zajadałam się zawartością talerza.

- Nie masz zamiaru zapytać mnie gdzie spędziłam noc? - wypaliła nagle, a ja nareszcie mogłam odetchnąć z ulgą.
- Postanowiłam, że dam ci szansę. - Puściłam do niej oko i usadowiłam się wygodnie - No to słucham, co chciałabyś mi powiedzieć?

Kaśka wstała od stołu, zabrała talerze z niedokończonym obiadem, postawiła dwa kieliszki i butelkę wina. Siedziałyśmy tak chwilę w milczeniu popijając tanie wino, kiedy Kaśka wreszcie wyrzuciła z siebie potok słów:
- Wczoraj, jak tylko wyszłaś, zadzwonił Vincent i zaproponował abyśmy się spotkali. Był niedaleko, więc postanowił wyrwać mnie z domu i poszliśmy na spacer. Wjechaliśmy nawet na Wieżę Eiffla i było tak romantycznie. Rozumiesz, prawda? Później razem zjedliśmy kolację, gdzieś na Saint-Germain. - serce zabiło mi mocniej, Kaśka spędziła noc w tej samej okolicy, co my, przecież mogła nas gdzieś zobaczyć - Rozmawialiśmy do późna. Kiedy chciałam wracać, nie mogłam złapać żadnej taksówki... - Kaśka strasznie kręciła, ech ona nigdy nie nauczy się kłamać.

- Poszłaś z nim do łóżka! - postanowiłam ułatwić jej wyznanie - Nareszcie! Myślałam, że zachowasz dziewictwo do dnia ślubu i zaczęłam się poważnie martwić - zażartowałam.
- Naprawdę uważasz, że nie ma w tym nic złego? - zapytała, a w jej głosie słychać było wyraźną ulgę. - My się bardzo kochamy.
- Kaśka, ja się naprawdę bardzo cieszę waszym szczęściem, a w szczęściu dwojga nie ma nic niewłaściwego - odparłam.
- Irka, jest jeszcze coś - wzięła solidny łyk wina - postanowiliśmy zamieszkać razem. Wiesz, mieszkanie jest opłacone do końca miesiąca... W lutym przeprowadzę się do Vincenta, a tobie znajdziemy jakąś współlokatorkę, obiecuję, już moja w tym głowa. Zobaczysz, nie odczujesz nawet zmiany.
- Kaśka, to się nawet świetnie składa - przerwałam jej, zanim zdążyła zaplanować moich kilka następnych lat - postanowiłam wyjechać z Francji.
- Ale jak to? Kiedy? Dlaczego? Wracasz do Grzegorza? - gotowa była zadać jeszcze sto innych pytań, a ja wcale nie miałam ochoty na nie odpowiadać.
- Wiesz, dużo o tym myślałam i zgodzisz się ze mną, że starałam się zaaklimatyzować tutaj, ale nie mogę. Nie znam zbyt dobrze francuskiego, a nauka średnio mi idzie. Nie lubię Francuzów, są tak okropnie głośni i mają problemy z higieną, niektórzy nawet cuchną! Źle mi tu i już. Zostanę z tobą do końca miesiąca, a tym sposobem nie będzie problemu z mieszkaniem. Do Grzegorza jeszcze nie wracam. Miał być rok rozłąki i tak będzie. Dostałam pracę, zarobię jakieś pieniądze, zobaczę ile zostanie mi z oszczędności i wtedy zdecyduję co dalej.
Dopiłyśmy wino, Kaśka jeszcze długo opowiadała mi, jak cudowny jest Vincent, a ja zaczynałam snuć plany.

***

Przez cały kolejny miesiąc szykowałam się do wyprawy i tym razem naprawdę w nieznane. Na uczelni nie pokazywałam się już wcale, za to pracowałam od rana do późnego wieczora. Dzięki temu nie rozmyślałam nad minionym czasem.

- Czołem Grześku! - zawołałam do telefonu - To jak, postanowiłeś znaleźć chwilę, by odwiedzić ukochaną?
- Irka, w tym miesiącu  nie dam rady, ale może w lutym. Wiesz, zabrałbym cię na urodzinową kolację, gdzieś na szczycie wieżyczki - zakpił, choć chyba chciał być romantyczny. Co z tego, skoro mu nie wyszło. Jak zwykle...
- Nie kłopocz się. Postanowiłam opuścić Francję - rzuciłam.
- Wracasz do domu? Jak dobrze. Naprawdę się cieszę, ogromnie tęskniłem. - Trochę zdziwiła mnie ta deklaracja, ale zdecydowanie bardziej zaskoczyły mnie ulga i szczerość płynące z głosu Grzegorza.
- Oj nie, kochany. Francja wprawdzie nie zachwyciła mnie sobą, ale jest za to tyle innych miejsc, w których mam zamiar się znaleźć.
- To dokąd tym razem się wybierasz? - w słuchawce zabrzmiał poirytowany głos Grzegorza.
- Jeszcze nie wiem, ale jak tam dotrę, to z pewnością wyślę ci kartkę. Wiesz,  żebyś wiedział gdzie mnie szukać, na wypadek gdybyś jednak kiedyś zechciał wpaść z wizytą. - zaśmiałam się - A teraz wybacz mój miły, ale muszę pędzić. Ciao!

Włączyłam komputer, kolejny raz sprawdziłam stan konta - był zadowalający - przyjrzałam się liście propozycji pracy, które dostałam w ostatnich dniach. W wyszukiwarkę wpisywałam kolejno adresy i czytałam na temat miejsc, w których czekała na mnie praca i może jakaś kolejna przygoda. Jedno z tych miejsc szczególnie przypadło mi do gustu. Niewielkie miasteczko uniwersyteckie położone w malowniczym, choć nie najtańszym zakątku - no, ale po Paryżu wszystko wydaje się mieć przystępną cenę - za to klimat tam panujący określany jest jako łagodny, ludność przyjacielska, no i miasto ze świetnym węzłem komunikacyjnym. Tak, to będzie mój nowy dom. Wybrałam numer telefonu znajdujący się na zaproszeniu do pracy i jakąś rozradowaną kobietę poinformowałam, że na miejscu będę już za dwa tygodnie. Umówiłyśmy się na przekazanie szczegółów drogą mailową, a ja zaczęłam szukać połączeń lotniczych.

***

Od przeprowadzki do Chelmsford minęło kilka tygodni. Nowe miejsce, praca i nowi ludzie wokół mnie sprawili, że przestałam oglądać się za siebie i zaczęłam żyć pełnią życia. Razem z dwojgiem młodych ludzi, studentów z jakiegoś kraju o dziwnie brzmiącej nazwie, wynajmowaliśmy niewielki dom. Błogosławiłam dzień, w którym ich spotkałam, bo okazali się być nie tylko rozrywkowi, ale i bardzo inteligentni, a z czasem nawiązała się między nami silna więź.
Chyba trochę się zagubiłam. Wiele z moich wyjść do klubu nocnego owocowało jeśli nie kolejnym kochankiem, to z pewnością kandydatem na niego. Strasznie lubiłam sposób w jaki ci młodzi mężczyźni na mnie patrzyli, jak do mnie mówili, jak próbowali wkupić się w łaski. Wybierałam tych, którzy wytrwale ale z klasą dążyli do celu i nie dawali się zaspokoić samymi obietnicami. Jednak po jakimś czasie przestałam lubić siebie samą. W lustrze widziałam niebrzydką kobietę z totalną pustką w oczach. Zaczynałam tęsknić za Grzegorzem. Za tą jego przewidywalnością i uczuciową stałością. Ciągle jeszcze nie potrafiłam, nawet sama przed sobą, przyznać co do niego czułam. Z całą pewnością sympatię, ale czy go wciąż kochałam? Wzięłam telefon do ręki, by do niego zadzwonić, nie odpowiadał. Na klawiaturze wystukałam tylko jestem w Anglii i wysłałam wiadomość do Michaela. Chwilę potem zadźwięczał dzwonek.