Powrót do Anglii nie okazał się być powrotem do
przeszłości, przeciwnie - każdy nowy dzień pozwalał mi się od niej odcinać, tak
przynajmniej mi się zdawało i tej myśli chciałam się trzymać. Nigdy nie
próbowałam palić za sobą mostów, ale za to budowałam mury. W każdym z nich
umieszczałam furtkę, czasem nawet kilka, a wrota te otwierały się tylko od
zewnątrz. Postanowiłam nie wracać do przeszłości, ale równocześnie pozwoliłam
jej dotrzeć do mnie, tak na wszelki wypadek.
Z Michaelem i Grzegorzem nadal łączyły mnie
przyjazne stosunki. W końcu byli to ci ważni mężczyźni w moim życiu. Michael
dzwonił sporadycznie, by zapytać jak się mam i jak wygląda moje życie.
Cieszył się moimi sukcesami i smucił porażkami. Jednak ja nie
chciałam z nim się znów zbliżyć. Grzegorz dzwonił i pisywał. Wciąż traktował
mnie jak swoją kobietę, równocześnie dając mi ogrom wolności. Nie złościł się
kiedy opowiadałam mu o własnych poczynaniach, nie wpadał w furię kiedy słyszał
o moich kolejnych przyjacielach - choć wyczuwałam wielkie napięcie z jego
strony telefonu. Czekał. Sprawiał wrażenie człowieka, który pogodził się z
rzeczywistością, a jednocześnie tak bardzo mnie kochał, że gotów był pozwolić
mi na absolutnie wszystko, na każde szaleństwo, po to tylko bym wróciła jak już
się wyszumię. Jestem pewna, że gdybym zdecydowała się mieć dziecko z którymś z
moich przyjaciół, zaakceptowałby je i pokochał jak swoje własne. Minęło wiele
długich miesięcy zanim zrozumiał, że ja odeszłam, na zawsze, że już nigdy nie
wrócę. Upłynęło kilka lat zanim związał się z inną kobietą. Proces odchodzenia
od Grzegorza przebiegał bardzo długo. Przez kolejne miesiące walczyłam sama ze
sobą o siebie. Gdyby nie splot poszczególnych wydarzeń, pewnie nie zdobyłabym
się na odejście i każdego dnia umierałabym u jego boku. Kiedyś myślałam, że
moją największą porażką była nieumiejętność utrzymania tej miłości, dziś wiem,
że nikt nie jest wystarczająco silny, by toczyć samotny bój o miłość i co
więcej - wygrać go. Straciłam parę lat i kilka szans. Na chwilę utraciłam
poczucie własnej wartości. Trudno. Dziś dzięki temu wszystkiemu jestem
silniejsza.
***
Poznawałam kolejnych mężczyzn, niektórych kurczowo
się trzymałam, łudząc się, że skoro mówią coś o miłości, to muszą tak czuć, a i
pewnie ja z czasem ich pokocham. Intuicja podpowiadała mi, żeby zabierać nogi
za pas i uciekać, zanim stanie się coś niedobrego. Zwykle jej słuchałam.
Zwykle... Spotkałam kogoś. Był cudownym kochankiem i tak pięknie mówił o
miłości. Snuł plany na przyszłość, opowiadał o domku ogrodzonym białym
płotkiem, o nas, o wspólnych dzieciach... Z czasem zaczęłam w tym obrazku
odnajdywać elementy, które mi się podobały i z którymi chciałam się
identyfikować za wszelką cenę. To nic, że mój mózg krzyczał aby uważać, bo w
tym człowieku jest jakiś niebezpieczny mrok, że nic o nim nie wiem, a on poza
opowiadaniem o swoim życiu nie robi nic, abym stała się jego częścią. Brnęłam w
ten układ coraz dalej i dalej, zagłuszając głos rozsądku. Co z tego, że był
chorobliwie zazdrosny, że ciągle się kłóciliśmy? Przecież nikt nie potrafił tak
pięknie się godzić jak on. I bez znaczenia było, że po wszystkim wpędzał mnie w
poczucie winy.
***
Upłynął już ponad rok od mojej wielkiej ucieczki.
Tęskniłam za starymi przyjaciółmi i któregoś dnia zadzwoniłam do Marii.
Umówiłyśmy się, że spędzimy najbliższy weekend w Londynie, zatrzymamy się w
jakimś B&B - możliwie najtańszym - pozwiedzamy stolicę, a noc spędzimy w
którymś ze słynnych londyńskich klubów. Podstawą powodzenia jest dobry plan -
tak zawsze mawiała Kaśka. Miałyśmy więc plan i realizowałyśmy go krok po kroku.
Spotkałyśmy się przed dworcem na Liverpool Street i stamtąd pojechałyśmy
do hotelu zostawić bagaże i ruszyć na zwiedzanie miasta. Podążyłyśmy śladem
milionów turystów: Big Ben, Pałac Westminster, Opactwo
Westminsterskie, London Eye, London Bridge... Aż w końcu dotarłyśmy do
cieszącego się międzynarodową sławą, tryskającego tysiącem barw Piccadilly
Circus. Wyjęłam aparat i zaczęłam uwieczniać słynne świetlne reklamy. Maria
pozowała do zdjęć z wielką radością, chichocząc przy tym niczym dziecko. Nagle
przestała się śmiać, a w obiektywie zauważyłam, że wpatrując się gdzieś za mnie
zupełnie spoważniała. Jej sylwetka wyrażała napięcie i oczekiwanie. Odwróciłam
się. Za moimi plecami stał Michael.
- Jesteśmy w jednym z największych miast świata, na
jednym z najtłumniej odwiedzanych placów na świecie i trafiamy na ciebie -
powiedziałam na powitanie - Miło cię widzieć - dodałam z uśmiechem i uścisnęłam
jego dłoń. Byłam zdumiona z jakim spokojem i łatwością przyszło mi to. Żadnego
kołaczącego się w piersi serca, żadnego zmieszania, nic poza najzwyklejszą,
szczerą radością na widok dawnego przyjaciela. Czyżbym wyleczyła się z niego?
We trójkę poszliśmy na kawę. Michael chciał ze mną
porozmawiać, zaproponował więc, że zawiezie mnie nazajutrz do domu. Zgodziłam
się.
***
- Co u ciebie? - zagadnął, gdy tylko ruszyliśmy w
drogę - masz kogoś?
- Dlaczego pytasz?
- Interesuje mnie, co się z tobą dzieje. Przecież
wiesz, że jesteś moją wyjątkową przyjaciółką. To jak, masz
kogoś? - dopytywał, a ja tylko nieznacznie się uśmiechnęłam. Nie był
to żaden z radosnych uśmiechów, raczej ten z serii tęsknych i smutnych. Michael
tylko popatrzył na mnie, chwycił moją dłoń, pogładził palce i rzekł - Mam
nadzieję, że jest dla ciebie dobry.
Zapanowała pełna wyczekiwania cisza. On czekał na
długą opowieść, a ja na wyjaśnienie przyczyny tej podróży i zadawanych pytań.
- Kochasz go? - zaczął - Odpowiedz, proszę.
- Nie wiem. On twierdzi, że kocha mnie, czy to nie
wystarczy na dobry początek? - odparłam - A ja, no cóż, chciałabym, czasem
jednak myślę, że nie umiałabym pokochać nikogo poza... - Urwałam, a gdzieś tam
w głębi poczułam ogromny ból, zupełnie jakby ktoś rozrywał moje serce
na strzępy. - Poza tym nie chcę komplikować nikomu życia. Wystarczy,
że moje jest zagmatwane - dodałam refleksyjnie i odwróciłam się w stronę okna.
Dalsza droga upłynęła nam pośród nic nie znaczących
rozmów o pogodzie - to takie angielskie, a nam wyjątkowo dobrze i zabawnie
wychodziło pokazywanie, jak łatwo jest przesiąknąć całą tą angielskością.
Michael był prawdziwym mistrzem w naśladowaniu Brytyjczyków. Czasem miałam
wrażenie, że rozmawiam z członkiem Rodziny Królewskiej, nie z Jamajczykiem,
który zamieszkał na Wyspach Brytyjskich zaledwie przed dwudziestu
laty.
- Zaprosisz mnie na kawę? - zapytał wnosząc mój
bagaż po schodach.
***
Drżącymi rękoma podałam Michaelowi kubek z gorącym
napojem, a on powąchawszy, odstawił go na stół.
- Dziękuję, pyszna!
- Nawet jej nie spróbowałeś.
- Nie. Nie muszę próbować, wiem. Podejdź do mnie -
zażądał, a ja posłusznie zbliżyłam się do niego. Gotowa byłam zrobić wszystko,
o co by mnie poprosił. Jednym ramieniem objął mnie w pasie, przyciągając
jeszcze bliżej, a wolną dłonią odgarnął opadające mi na twarz włosy. Kciukiem
przejechał po moich wargach, a ja czułam jak nogi uginają sie pode mną, a
ziemia ucieka spod stóp. Chwycił mnie mocno aby pocałować najczulej i najnamiętniej
jak tylko mogłabym marzyć. Osunęliśmy się na kolana i całowali tak zapamiętale,
jak gdyby od tego zależało nasze życie.
Świt zastał nas na kuchennej podłodze. Wzięliśmy
razem prysznic i zjedliśmy śniadanie. On ruszył w drogę powrotną do Londynu, a
ja zaczęłam szykować się do pracy.
Czy to nigdy się nie skończy?
Czy zawsze już będziemy do siebie wracać?
Czy, jeśli rzeczywiście każdy z nas ma gdzieś swoją
drugą połowę, to i my zostaliśmy stworzeni dla siebie, a tylko przez splot
okoliczności nie dane nam było trafić na siebie w odpowiednim czasie?
Te i dziesiątki podobnych myśli kłębiły mi się w
głowie, a ja pijąc gorącą kawę i paląc kolejnego papierosa wpatrywałam się w
przestrzeń za oknem. Do Michaela czułam coś wyjątkowego i niezwykle silnego, lecz
w tym przypadku niestety rozsądek musiał wziąć górę nad uczuciami. Z zamyślenia
wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości: Dziękuję i przepraszam.
Wiem, że nie powinienem był tego robić, ale to było silniejsze ode mnie. xxx
Zarzuciłam płaszcz na plecy i poszłam do pracy, tam
nie miałam czasu na rozmyślania.