środa, 20 marca 2013

BŁĘDNY KRĄG



Powrót do Anglii nie okazał się być powrotem do przeszłości, przeciwnie - każdy nowy dzień pozwalał mi się od niej odcinać, tak przynajmniej mi się zdawało i tej myśli chciałam się trzymać. Nigdy nie próbowałam palić za sobą mostów, ale za to budowałam mury. W każdym z nich umieszczałam furtkę, czasem nawet kilka, a wrota te otwierały się tylko od zewnątrz. Postanowiłam nie wracać do przeszłości, ale równocześnie pozwoliłam jej dotrzeć do mnie, tak na wszelki wypadek.
Z Michaelem i Grzegorzem nadal łączyły mnie przyjazne stosunki. W końcu byli to ci ważni mężczyźni w moim życiu. Michael dzwonił sporadycznie, by zapytać jak się mam i jak wygląda moje życie. Cieszył się moimi sukcesami i smucił porażkami. Jednak ja nie chciałam z nim się znów zbliżyć. Grzegorz dzwonił i pisywał. Wciąż traktował mnie jak swoją kobietę, równocześnie dając mi ogrom wolności. Nie złościł się kiedy opowiadałam mu o własnych poczynaniach, nie wpadał w furię kiedy słyszał o moich kolejnych przyjacielach  - choć wyczuwałam wielkie napięcie z jego strony telefonu. Czekał. Sprawiał wrażenie człowieka, który pogodził się z rzeczywistością, a jednocześnie tak bardzo mnie kochał, że gotów był pozwolić mi na absolutnie wszystko, na każde szaleństwo, po to tylko bym wróciła jak już się wyszumię. Jestem pewna, że gdybym zdecydowała się mieć dziecko z którymś z moich przyjaciół, zaakceptowałby je i pokochał jak swoje własne. Minęło wiele długich miesięcy zanim zrozumiał, że ja odeszłam, na zawsze, że już nigdy nie wrócę. Upłynęło kilka lat zanim związał się z inną kobietą. Proces odchodzenia od Grzegorza przebiegał bardzo długo. Przez kolejne miesiące walczyłam sama ze sobą o siebie. Gdyby nie splot poszczególnych wydarzeń, pewnie nie zdobyłabym się na odejście i każdego dnia umierałabym u jego boku. Kiedyś myślałam, że moją największą porażką była nieumiejętność utrzymania tej miłości, dziś wiem, że nikt nie jest wystarczająco silny, by toczyć samotny bój o miłość i co więcej - wygrać go. Straciłam parę lat i kilka szans. Na chwilę utraciłam poczucie własnej wartości. Trudno. Dziś dzięki temu wszystkiemu jestem silniejsza.
***
Poznawałam kolejnych mężczyzn, niektórych kurczowo się trzymałam, łudząc się, że skoro mówią coś o miłości, to muszą tak czuć, a i pewnie ja z czasem ich pokocham. Intuicja podpowiadała mi, żeby zabierać nogi za pas i uciekać, zanim stanie się coś niedobrego. Zwykle jej słuchałam. Zwykle... Spotkałam kogoś. Był cudownym kochankiem i tak pięknie mówił o miłości. Snuł plany na przyszłość, opowiadał o domku ogrodzonym białym płotkiem, o nas, o wspólnych dzieciach... Z czasem zaczęłam w tym obrazku odnajdywać elementy, które mi się podobały i z którymi chciałam się identyfikować za wszelką cenę. To nic, że mój mózg krzyczał aby uważać, bo w tym człowieku jest jakiś niebezpieczny mrok, że nic o nim nie wiem, a on poza opowiadaniem o swoim życiu nie robi nic, abym stała się jego częścią. Brnęłam w ten układ coraz dalej i dalej, zagłuszając głos rozsądku. Co z tego, że był chorobliwie zazdrosny, że ciągle się kłóciliśmy? Przecież nikt nie potrafił tak pięknie się godzić jak on. I bez znaczenia było, że po wszystkim wpędzał mnie w poczucie winy.
***
Upłynął już ponad rok od mojej wielkiej ucieczki. Tęskniłam za starymi przyjaciółmi i któregoś dnia zadzwoniłam do Marii. Umówiłyśmy się, że spędzimy najbliższy weekend w Londynie, zatrzymamy się w jakimś B&B - możliwie najtańszym - pozwiedzamy stolicę, a noc spędzimy w którymś ze słynnych londyńskich klubów. Podstawą powodzenia jest dobry plan - tak zawsze mawiała Kaśka. Miałyśmy więc plan i realizowałyśmy go krok po kroku. Spotkałyśmy się przed dworcem na Liverpool Street i stamtąd pojechałyśmy do hotelu zostawić bagaże i ruszyć na zwiedzanie miasta. Podążyłyśmy śladem milionów turystów: Big Ben, Pałac Westminster, Opactwo Westminsterskie, London Eye, London Bridge... Aż w końcu dotarłyśmy do cieszącego się międzynarodową sławą, tryskającego tysiącem barw Piccadilly Circus. Wyjęłam aparat i zaczęłam uwieczniać słynne świetlne reklamy. Maria pozowała do zdjęć z wielką radością, chichocząc przy tym niczym dziecko. Nagle przestała się śmiać, a w obiektywie zauważyłam, że wpatrując się gdzieś za mnie zupełnie spoważniała. Jej sylwetka wyrażała napięcie i oczekiwanie. Odwróciłam się. Za moimi plecami stał Michael.
- Jesteśmy w jednym z największych miast świata, na jednym z najtłumniej odwiedzanych placów na świecie i trafiamy na ciebie - powiedziałam na powitanie - Miło cię widzieć - dodałam z uśmiechem i uścisnęłam jego dłoń. Byłam zdumiona z jakim spokojem i łatwością przyszło mi to. Żadnego kołaczącego się w piersi serca, żadnego zmieszania, nic poza najzwyklejszą, szczerą radością na widok dawnego przyjaciela. Czyżbym wyleczyła się z niego?
We trójkę poszliśmy na kawę. Michael chciał ze mną porozmawiać, zaproponował więc, że zawiezie mnie nazajutrz do domu. Zgodziłam się.
***
- Co u ciebie? - zagadnął, gdy tylko ruszyliśmy w drogę - masz kogoś?
- Dlaczego pytasz?
- Interesuje mnie, co się z tobą dzieje. Przecież wiesz, że jesteś moją wyjątkową przyjaciółką.  To jak, masz kogoś? - dopytywał, a ja tylko nieznacznie się uśmiechnęłam. Nie był to żaden z radosnych uśmiechów, raczej ten z serii tęsknych i smutnych. Michael tylko popatrzył na mnie, chwycił moją dłoń, pogładził palce i rzekł - Mam nadzieję, że jest dla ciebie dobry.
Zapanowała pełna wyczekiwania cisza. On czekał na długą opowieść, a ja na wyjaśnienie przyczyny tej podróży i zadawanych pytań.
- Kochasz go? - zaczął - Odpowiedz, proszę.
- Nie wiem. On twierdzi, że kocha mnie, czy to nie wystarczy na dobry początek? - odparłam - A ja, no cóż, chciałabym, czasem jednak myślę, że nie umiałabym pokochać nikogo poza... - Urwałam, a gdzieś tam w głębi poczułam ogromny ból, zupełnie jakby ktoś rozrywał moje serce na strzępy. - Poza tym nie chcę komplikować nikomu życia. Wystarczy, że moje jest zagmatwane - dodałam refleksyjnie i odwróciłam się w stronę okna.
Dalsza droga upłynęła nam pośród nic nie znaczących rozmów o pogodzie - to takie angielskie, a nam wyjątkowo dobrze i zabawnie wychodziło pokazywanie, jak łatwo jest przesiąknąć całą tą angielskością. Michael był prawdziwym mistrzem w naśladowaniu Brytyjczyków. Czasem miałam wrażenie, że rozmawiam z członkiem Rodziny Królewskiej, nie z Jamajczykiem, który zamieszkał na Wyspach Brytyjskich zaledwie przed dwudziestu laty.
- Zaprosisz mnie na kawę? - zapytał wnosząc mój bagaż po schodach.
***
Drżącymi rękoma podałam Michaelowi kubek z gorącym napojem, a on powąchawszy, odstawił go na stół.
- Dziękuję, pyszna!
- Nawet jej nie spróbowałeś.
- Nie. Nie muszę próbować, wiem. Podejdź do mnie - zażądał, a ja posłusznie zbliżyłam się do niego. Gotowa byłam zrobić wszystko, o co by mnie poprosił. Jednym ramieniem objął mnie w pasie, przyciągając jeszcze bliżej, a wolną dłonią odgarnął opadające mi na twarz włosy. Kciukiem przejechał po moich wargach, a ja czułam jak nogi uginają sie pode mną, a ziemia ucieka spod stóp. Chwycił mnie mocno aby pocałować najczulej i najnamiętniej jak tylko mogłabym marzyć. Osunęliśmy się na kolana i całowali tak zapamiętale, jak gdyby od tego zależało nasze życie.
Świt zastał nas na kuchennej podłodze. Wzięliśmy razem prysznic i zjedliśmy śniadanie. On ruszył w drogę powrotną do Londynu, a ja zaczęłam szykować się do pracy.
Czy to nigdy się nie skończy?
Czy zawsze już będziemy do siebie wracać?
Czy, jeśli rzeczywiście każdy z nas ma gdzieś swoją drugą połowę, to i my zostaliśmy stworzeni dla siebie, a tylko przez splot okoliczności nie dane nam było trafić na siebie w odpowiednim czasie?
Te i dziesiątki podobnych myśli kłębiły mi się w głowie, a ja pijąc gorącą kawę i paląc kolejnego papierosa wpatrywałam się w przestrzeń za oknem. Do Michaela czułam coś wyjątkowego i niezwykle silnego, lecz w tym przypadku niestety rozsądek musiał wziąć górę nad uczuciami. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości: Dziękuję i przepraszam. Wiem, że nie powinienem był tego robić, ale to było silniejsze ode mnie. xxx
Zarzuciłam płaszcz na plecy i poszłam do pracy, tam nie miałam czasu na rozmyślania.