wtorek, 12 marca 2013

UCIECZKA PIERWSZA


Grzegorz pisywał do mnie ckliwe listy, dzwonił też częściej niż dotychczas, stał się troskliwy, kochający i nade wszystko zainteresowany. Przestał wyszydzać moją pracę, a nawet zaczął doceniać pewne jej aspekty, przyznając iż tylko wyjątkowi ludzie do niej się nadają. Zaczął interesować się moimi przyjaciółmi, co nie oznacza wcale iż darzył ich sympatią. Ciekawiło go gdzie bywałam, o czym myślałam i jakie snułam plany. Przy każdej nadarzającej się sposobności powtarzał jak bardzo nie mógł doczekać się mojego powrotu. Wszystkie lata z nim spędzone nauczyły mnie zachować dystans do tych deklaracji, cieszyć się nimi, lecz nie traktować jako coś, co będzie obowiązywać za pół roku. O Grzegorzu myślałam ciepło i czasem nawet tęskniłam. Wierzyłam, że jak wrócę, zaczniemy wszystko od nowa i że będzie już tylko dobrze. Nawet jeśli nie doskonale, to owo dobrze brzmiało wręcz wyśmienicie, przynajmniej w świetle wszystkich tych okropnych długich miesięcy, które przypadły nam w udziale.
***
Michael wrócił do mojego życia. Nie widywaliśmy się już tak często. Wpadał do mnie raz, może dwa razy w miesiącu i sprawiał wrażenie czymś przygnębionego. Nie chciał przyznać się, co go tak gryzło, a ja - przez szacunek do niego i jego decyzji - nie dopytywałam. Chciałam wierzyć, że chwile, które wspólnie spędzaliśmy, sprawiały iż choć przez moment był szczęśliwy. Może nie tak jak ja, bo dla mnie świat przestawał istnieć i liczył się tylko on - nader interesujący mężczyzna. Pomimo tych spotkań, czułam że usychałam z tęsknoty. Bywały takie dni, kiedy nie potrafiłam się na niczym skupić i tylko uporczywie wpatrywałam się w telefon, tak jakbym tym patrzeniem zdołała sprawić by wreszcie zadzwonił. Sama do Michaela nie dzwoniłam, nie chciałam bowiem wpędzić go w żadne kłopoty - mógł przecież być w towarzystwie żony lub po prostu ciężko pracować. Kiedy dzwonił, moje serce zaczynało bić szybko, niczym łopoczący skrzydłami ptak zrywający się do lotu. 
Co chwile wracały do mnie słowa Marii - Ty go kochasz... I ten jej spokojny, ale jednocześnie smutny uśmiech. Wreszcie dotarło do mnie, że ona miała rację, że to co czuję do Michaela to nie zauroczenie, żadna fascynacja czy pasja. Że to miłość. Miłość, która nigdy nie mogłaby się spełnić. Miłość, która z czasem zaczęłaby przynosić więcej bólu niż radości. Podjęłam wtedy decyzję, bolesną, ale jedyną możliwą. Wyjeżdżam. Kupiłam bilet do Polski, zrezygnowałam z pracy i dopiero wówczas powiadomiłam o wszystkim Michaela. Zrobiłam tak, aby nie było już odwrotu. Dwa dni przed wylotem Michael przyjechał do mnie, by się pożegnać.
- Wpadłem tylko na chwilę - powiedział stając w drzwiach. Zaprosiłam go do środka, choć obawiałam się tego. Wiedziałam, że on mógłby powstrzymać mnie od zamierzonego działania. - Chciałbym abyś nigdy o mnie nie zapomniała - stwierdził smutnym głosem, wyciągając w moją stronę niewielkie, czerwone pudełko. - Otwórz proszę.
W środku znajdowały się niezwykłej urody szmaragdowe kolczyki.
- Jak tu cię nie kochać - pomyślałam i przytuliłam się do niego najmocniej, jak potrafiłam.
- Dziękuję, są piękne! Naprawdę nie musiałeś... Nie ma takiej siły, która sprawiłaby bym o tobie kiedykolwiek zapomniała. - podziękowałam z największym uśmiechem na ustach, na jaki było mnie wówczas stać.
Rozstaliśmy się spokojnie. W smutku i z wieloma niewypowiedzianymi słowami, które można było wyczytać w naszych oczach, ale bez łez.