środa, 1 maja 2013

POCAŁUNEK NA DOBRANOC



Jego usta wbiły się w moje z taką gorliwością, jak gdyby od każdego pocałunku, od każdego wspólnego oddechu, zależało jego życie. Każde, choćby najdelikatniejsze muśniecie ust, każda namiętna, a jednocześnie delikatna pieszczota języka, sprawiały, że drżałam. Ziemia uciekała mi spod nóg, wszechświat wirował. Kamal przyciągnął mnie do siebie najbliżej jak tylko się dało i oparł o ścianę budynku. Gdyby nie to, pewnie osunęłabym się omdlała na ziemię, w zamian zapłonął we mnie ogień nieopisanego pożądania. Owinęłam nogę wokół jego uda i przyciągnęłam go do siebie tak mocno, że bardzo boleśnie odczułam nacisk jego twardej, prężącej się męskości. Kamal nie przestawał mnie całować, obsypywał namiętnymi pocałunkami szyję i płatki uszu, podczas gdy jego delikatne palce muskały moje udo. Wspinały się po nim coraz wyżej, by po chwili zniknąć pod jedwabiem sukienki. Chwycił mnie za pośladki i podciągnął wyżej, tak, by nie pozostawić mi żadnych wątpliwości. Pragnął mnie. Świadczył o tym każdy dotyk, każde drżenie napiętego, rozgrzanego ciała. Pożądałam go. Na strzępy rozrywała mnie zwierzęca chuć. Udami objęłam Kamala w pasie mimo, że wstrząsały mną sprzeczne uczucia – chciałam żeby już przestał, aby za chwile niemal błagać by wziął mnie tutaj, teraz i pieprzył do utraty tchu.Moje ciało, rozpalona i drżąca mieszanka strachu i pożądania czekało na niego. Prężyło się i wiło bez przerwy zapraszając go do środka. Sutki miałam tak napięte, że żaden materiał nie był w stanie ukryć ich sterczącej obecności. Kamal pieścił moją pierś by po chwili, przez delikatny jedwab i koronki, złożyć pocałunek na naprężonym sutku, schwycił go ustami i delikatnie przygryzł, a moim ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz pożądania. Przestałam myśleć, moje lędźwie rozpalała żądza i tylko to się dla mnie wówczas liczyło. Weź mnie – bezgłośnie błagałam, a Kamal zdawał się czytać w moich myślach niczym w otwartej księdze. Językiem pieścił moje brodawki a jego dłoń chwyciła mnie za pośladek. Było to bolesne, ale szokująco przyjemne. Chwilę potem sprawne palce dostały się pod cienką koronkę majtek. Serce łopotało mi w piersi niczym ptak chcący uciec na wolność. W tej samej chwili  jego palce znalazły się między moimi pośladkami. Oszaleję! – kłębiło się w głowie, a ciało miotało się w gorączce namiętności. Przez półprzymknięte powieki spojrzałam na Kamala. Zobaczyłam jego zawadiacki uśmiech i w tym samym czasie poczułam jak jego palce zatapiają się w mojej nabrzmiałej i nieprawdopodobnie mokrej kobiecości. Świat przestał istnieć!Po chwili ocknęłam się w jego ramionach. Siedzieliśmy na trawie wtuleni w siebie, a rozbity na miliardy drobnych kawałków wszechświat, próbował odrodzić się na nowo.

- Dziękuję – wyszeptał Kamal całując mnie w czoło.

- Drobiazg – odparłam z uśmiechem, choć to ja winna byłam mu podziękowania.

Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie, nieco zakłopotani, gdy po chwili Kamal zapytał – mogę wejść?

- Nie – powiedziałam i sama nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

***

- Idiotka! – Wykrzyczałam sama do siebie spoglądając w lustro.

Kamal chwile temu pożegnał się pięknie i pojechał do domu.  Mi pozostało wspomnienie minionego wieczoru i głupawy uśmieszek, który w żaden sposób nie chciał zejść z mojej twarzy.

UŁAŃSKA FANTAZJA



- Irka, mam nadzieję, że jesteś w mieście – w słuchawce telefonu rozległ się cichy i niepewny głos Maxwella.
- Tak – odparłam, choć coś w środku mnie krzyczało by bezwzględnie skłamać.
- To świetnie. Mamy problem z nocną zmianą. Tim się pochorował i nie ma nikogo poza tobą, kto mógłby go zastąpić - Maxwell nieśmiało zaczął wyjaśniać zaistniałą sytuację, podczas gdy ja szczerze żałowałam prawdomówności - dzwoniłem już do każdego i nikt nie może przyjść.
- Obdzwaniałeś studentów oferując im nadgodziny? - zapytałam mimo iż wiedziałam, że żaden student nie będzie chciał pracować w nocy - A Kamal? On podobno nie ma nic przeciwko nocnym zmianom - podrzuciłam ten pomysł Maxwellowi.
- Kamal już jest na popołudniowej zmianie - wyszeptał.
- Max, co się dzieje? Co to znaczy, że jest na popołudniowej zmianie? - zapytałam wyraźnie poirytowana faktem, iż ktoś zmienia siatki godzin.
- Sam sie rozchorowała i sama wiesz...
- Tak, jasne, wiem - warknęłam - wezmę to zastępstwo!
I już miałam odłożyć słuchawkę, gdy dobiegł mnie ledwo słyszalny głos Maxwella:
- Irka? Ale jest jeszcze jeden problem - Max wydawał się przestraszony - Wiesz, Ida kończy o osiemnastej, a Kamal też nie może być na zmianie do końca... No i tym sposobem potrzebujemy cię na siódmą - już miałam zacząć wrzeszczeć i wyklinać, gdy usłyszałam ciche przepraszam i trzask odkładanej słuchawki.
Nie wiem, co bardziej mnie rozzłościło, to, że musiałam iść do pracy w wolny dzień, czy to że musiałam tam być za dwie godziny, czy to iż Max odłożył słuchawkę zanim zdażyłam mu powiedzieć żeby się wypchał i zadzwonił po kogoś z Agencji.
Wzięłam szybki prysznic układając równocześnie w myślach przemówienie, na temat szacunku wobec innych ludzi i ich czasu, jakim miałam zamiar obdarzyć Maxwella jak tylko go zobaczę, a następnie podzielic się nim z pozostałymi współpracownikami. Założyłam wytarte jeansy, starą sportową bluzę i  znoszone trampki, chwyciłam torbę i wyszłam "odrabiać pańszczyznę".
Była 6:45 gdy dotarłam do pracy. Przed firmą stał zaparkowany samochód, a w nim siedział Kamal. Podeszłam do auta i znacząco popatrzyłam na zegarek. Kamal wyszedł z samochodu.
- Csii, nic nie mów - położył palec na ustach zanim zdażyłam uraczyć go jakimś pouczeniem odnośnie opuszczania miejsca pracy przed wyznaczonym czasem, chwycił mnie za rękę i poprowadził do drzwi od strony pasażera - wsiądź - poprosił.
- Nie moge wsiąść, muszę iść do pracy - odparłam wskazując palcem budynek. Zobaczyłam wtedy w oknie Sam i Maxwella, który z uśmiechem i jednocześnie skruszoną miną bezgłośnie mnie przepraszał. - Kamal, o co chodzi? - zapytałam.
- Wsiądź, za chwilę wszystko ci wytłumaczę - odparł ciągle przytrzymując otwarte drzwi.
Usiadłam na miejscu pasażera, Kamal zamknął za mną drzwi i po chwili razem w milczeniu odjeżdżaliśmy spod frirmy.
- Słuchaj, nie wiem co się dzieje i bardzo mnie to niepokoi. Czy mógłbyś mi powiedzieć dokąd jedziemy?
- Do ciebie - Kamal odparł najspokojniej w świecie.
- Jak to do mnie? Po co? Przecież dopiero co wyszłam z domu. Jeśli miałam zabrać coś ze sobą, trzeba było zadzwonić, mogłam wrócić...
- Nie zapomniałaś niczego, no może poza bardziej wyjściowym strojem - Kamal zlustrował mnie od stóp po sam czubek głowy i roześmiał się głośno.
- A co, weszła jakaś dyrektywa mówiąca, że na nocnej zmianie obowiązują stroje wieczorowe?
- Nie - uciął i już wiedziałam, że niczego sie nie dowiem. Dalszą drogę odbyliśmy w zupełnej ciszy - Tutaj mieszkasz, prawda? - zapytał zatrzymując się pod moim domem.
- Po co pytasz, skoro jak widać, doskonale wiesz - syknęłam.
- No już, nie złość się - Kamal próbował załagodzić sytuację - Słuchaj, muszę teraz jechać w jedno miejsce, będę spowrotem za pół godziny. Załóż na siebie jakieś miłe ciuszki i bądź gotowa na resztę wieczoru.
Oniemiałam, bo nie spodziewałam się usłyszeć takich słów płynących z ust Kamala, to zdecydowanie nie w jego stylu...
- Miłe ciuszki - pomyślałam - jak sobie życzysz!
 ***
Wchodząc do domu zastanawiałam się o co w tym wszystkim chodzi. Byłam trochę zła, że nie panuję nad sytuacją i niebywale zaintrygowana tym, jak potoczy się dalsza część wieczoru. Spojrzałam na telefon, świeciła się lampka informująca o pozostawionej wiadomości. Nacisnęłam ją, a z glośnika dobiegł głos Maxwella:
- Irka, kryzys zażegnany. Tim poczuł się lepiej i pojawi się na dyżurze. Przepraszam za kłopot i życzę ci udanego wieczoru.
- Oj Max, ja ci sie jeszcze zrewanżuję - pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie układając diabelski plan.
Rozejrzałam się po mieszkaniu, zaczęłam zbierać porozrzucane ubrania i przypomniało mi się, że przecież Kamal za chwilę przyjedzie i chce mnie zobaczyć w jakichś miłych ciuszkach. Zajrzałam więc do szafy, a w niej same stroje wieczorowe i te typowo robocze. Ogarnęła mnie panika. przecież nie włożę na siebie sukni do kostek, a t-shirt i jeansy nie wydają się być wystarczająco miłymi ciuszkami. Przejechałam ręką po wieszakach i nagle zauważyłam brązową, nieprzyzwoicie krótką sukienką. Świetna! Złote sandały na niebotycznym obcasie i zielony make-up stanowiły doskonałe dopełnienie kreacji. Spojrzałam w lustro i spiełam wysoko włosy.
- Irka, wyglądasz jak milion dolców! - powiedziałam sama do siebie dużo głośniej, niż mi się wydawało.
Chwilę później rozległo się pukanie do drzwi, to Kamal, jak zwykle punktualny.
Ledwie otwarłam drzwi, a Kamal chwycił mnie za rękę, przyciągnął do siebie, pocałował mnie w dłoń i wyszeptał:
- Wyglądasz oszałamiająco. Chodźmy!
Nie wiedziałam do czego zmierza, ale coś mi podpowiadało, że spędzę z nim bardzo miło czas.
- Dokąd mnie zabierasz?
- Na drinka. Wskakuj! - powiedział otwierając przede mną drzwi auta, a ja tylko się zaśmiałam nie wierząc własnym uszom, przecież to tak bardzo nie w jego stylu, jak mi sie zdawalo.
- To co? Powiesz mi o co w tym całym przedstawieniu chodzi?
- Nie - odparł z uśmiechem na ustach - Porozmawiamy na miejscu.
"Na miejscu" okazało się być niewielkim prywatnym klubem. Jego wnętrze utrzymane było w dekadenckim stylu. Dostępu do klubu broniły wielkie drewniane wrota, na przeciw których, w głebi sali, znajdował się imponujących rozmiarów kominek. Surowość szarych ścian łagodziły ciężkie, pluszowe kotary i dziesiątki zdjęć, z których większość stanowiły czarno białe portrety.  Pod ścianami poustawiane były wielkie sofy, pufy i fotele, a przy jednej ze ścian znajdował się bar. Po środku sali ustawiono trzy, pokryte ciemno zielonym suknem stoły do bilarda. Z głośników dobiegały dźwięki jazzu i właśnie w tej chwili Nina Simone śpiewała Feeling Good.
Siedliśmy na jednej z kanap, a przystojny kelner przyniósł nam drinki.
- Przepraszam cię, za cały ten teatr, tak bardzo chciałem spędzić z tobą choć jeden wieczór z daleka od pracy, ale bałem się, że nigdy się na to nie zgodzisz - Kamal zdecydował się wyjaśnić dlaczego postawił mnie w sytaucji bez wyjscia.
- Miałeś rację, nie zgodziłabym się. Nie mieszam przyjemności z obowiązkami - wtrąciłam się, ale Kamal nie przestawał mówić.
- Wiem, rozmawiałem z Maxwellem i powiedział mi, że miałaś spotkanie z Kim, że ktoś usiłuje wpędzić cię w klopoty i że mogę zapomnieć o randce z tobą. Postanowiłem więc wziąć cię z zaskoczenia i nie dopuścić do tego, byś mi odmówiła. Przekonałem Maxwella by do ciebie zadzwonił ze zmyśloną historyjką... No i tym sposobem mam u niego ogromy dług, który będą pewnie jeszcze spłacać moje dzieci - oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Nie umiałam się na niego złościć. Ujął mnie pomysłowością i najpiękniejszym uśmiechem na świecie.
Rozmawialiśmy jeszcze długo. Trochę o nim, trochę o mnie. Wypiłam kilka drinków, pewnie o kilka za dużo i wskazując na stół do bilarda, stwierdział, że koniecznie musimy zagrać w kulki.
- Umiesz w to grać? - zapytał Kamal usiłując opanować ogarniający go śmiech.
- Nie, ale wcale mi to nie przeszkadza i mam nadzieję, że tobie również - uśmiechnęłam sie filuternie i pociągnęłam go w strone środka sali.
Zagraliśmy kilka partii i sama nie wiem, czy Kamal jest gorszym graczem niż ja, czy moje umiejętności w magiczny sposób zyskały na jakości, czy może widok moich długich niemal niczym nie osłoniętych nóg na niebotycznie wysokich obcasach sprawił, że Kamal nie mógł skupić uwagi na niczym innym poza nimi. Liczyło sie tylko to, że świetnie się bawiliśmy. Kiedy nachyliłam się nad stołem by przygotować bile do kolejnej rundy, poczułam jego silne, twarde ciało dotykające mojego. Kamal stał za mną jedną nogę trzymając pomiędzy moimi. Prawą ręką chwycił mnie za biodro, a ja w tym samym czasie poczułam na pośladku dotyk jego prężącej się męskości. Przez chwilę zdawało mi sie, że nic nie może być równie podniecającego, kiedy w tym samym momencie Kamal pochylił się nade mną i wyszeptał mi do ucha - Jesteś taka piękna - jednocześnie muskając mnie ustami i sprawiając, że zaczynałam drżeć - Wszyscy na ciebie patrzą. Zatańczmy - dodał, a ja nie potrafiłam odmówić. Wtuleni w siebie tańczyliśmy. Z głośników dobiegały kryształowe dźwięki Spirytual, które w mistrzowski sposób z saksofonu wydobywał Coltrane.

piątek, 26 kwietnia 2013

*****



Dziś już wiem, że będąc obiektem westchnień nieszczęśliwie zakochanego, nie da się z nim zaprzyjaźnić. Szkoda, że moja idealistyczna i romantyczna natura nie chciała w tej kwestii posłuchać pragmatycznego umysłu.
Każdy, choćby najkrótszy i najbardziej służbowy kontakt z Kamalem kwitowany był przez Eda kąśliwymi uwagami. Jego przycinki i coraz bardziej nachalna obecność doprowadzały mnie do szału. Zaowocowało to tym, że choć ceniłam sobie pracę z Edem, zaczęłam układać zmiany tak, abyśmy jak najrzadziej byli w tym samym czasie w firmie.
- Szykujesz miejsce dla swojego nowego kochanka? - zapytał Ed sprawdzając projekt rozkładu dyżurów na nadchodzący miesiąc.
- Nie rozumiem o czym mówisz, ale chyba będzie lepiej jeśli zachowasz tego typu uwagi dla siebie - odparłam i kontynuowałam pracę nad siatką godzin - Może zająłbyś się czymś bardziej konstruktywnym, na przykład pracą? - dodałam unosząc głowę znad dokumentów. Ed jednak nawet nie drgnął. Na jego twarzy malował się złowrogi uśmiech.
- Mam właśnie przerwę - rzucił i wyszedł zapalić papierosa. Było to swoistego rodzaju wyzwanie i początek kłopotów.  W wielkim błędzie był Congreve mówiąc iż "Niebo nie zna wściekłości takiej, jak miłość w nienawiść zmieniona, ni piekło nie zna furii takiej jak kobieta wzgardzona" i Ed postanowił mi to udowodnić.
Ed zaczął konstruować w swojej głowie niestworzone historie, a co gorsze, dzielił się nimi z każdym, kto tylko zechciał wysłuchać togo, co miał do powiedzenia.
- Irka! - podniesiony głos Kim oderwał mnie od pracy - pozwól do biura na chwilę - szefowa usiłowała zachować kamienną twarz, ale widać było, że ma wielki problem. - Czy ja pracuję z dziećmi?! - niemal krzyknęła na mnie, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi.
- Nie rozumiem... - Kim nie pozwoliła mi dokończyć zdania.
- Nie rozumiesz? Szczerze mówiąc ja też nie, ale doszły mnie słuchy, że wdajesz się ze współpracownikami w... ujmując oględnie, nieprofesjonalne stosunki.
- Kim, zupełnie nie wiem kto, co i komu naopowiadał. Nie interesuje mnie to zupełnie. Żal mi tylko kogoś, kto jest na tyle nieszczęśliwy i pozbawiony sensu w życiu, że zabiera się za brużdżenie w moim - wsciekła wyrzuciłam z siebie z siłą karabinu maszynowego, a kiedy zobaczyłam pobladłą twarz Kim, wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam nieco spokojniej - Nie dam się wciągnąć w te idiotyczne gierki i mam nadzieję, że mogę liczyć na to samo z twojej strony. Coś mi się zdaje, że zaufanie, którym mnie obdarzyłaś dając mi tę posadę, będzie nam obu potrzebne - dodałam z lekkim uśmiechem.
- Dobrze że znam twoje stanowisko w całej sprawie - Kim odparła w zamyśleniu.
- Kim, jeszcze jedno. Możesz być pewna, że nawet gdybym z kimkolwiek znalazła się w sytuacji innej niż zawodowa, nie rzutowałoby to na moją pracę. W końcu na tym polega profesjonalizm - uśmiechnęłam się wychodząc z biura szefowej.
Kiedy tak szłam korytarzem, ciągle jeszcze wściekła na to, że przez chwilę potraktowana byłam jak mała dziewczynka, zza rogu wyłonił się Ed z najbardziej cynicznym i jednocześnie triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.
- Co, szefostwo niezadowolone z tego w jaki sposób wykonujesz swoją pracę? - zapytał, a ja miałam wrażenie iż syczy niczym najbardziej podstępna i jadowita żmija.
- Przeciwnie - odparłam z uśmiechem i odeszłam, a po kilku krokach zawirowałam. Wiedziałam, że mnie obserwuje i że to z cała pewnością go rozwścieczy.
Kilka godzin później chwyciłam torbę, przerzuciłam ją przez ramię i podśpiewując wyszłam z pracy. Niech dupek wie, że jego zagrywki nie robią na mnie wrażenia, zwłaszcza w obliczu dwóch wolnych dni, które miałam zamiar spędzić na błogim lenistwie, z daleka od tego koszmarnego człowieka.

czwartek, 25 kwietnia 2013

KAMAL



- Ed, popatrz tylko, nie mam jak zatkać tej dziury - bezradnie rozłożyłam ręce podtykając Edowi pod nos kartę, na której rozpisane były zmiany i pracownicy, którzy mieli w tym czasie pełnić dyżur - Ja, sam wiesz, mam zakaz brania nadgodzin, a ty jesteś wpisany na jutrzejszy ranek, więc nie możesz zostać na noc. Niby tylu nowych, a nikt nie chce pracować - ze smutkiem i rodzącą się właśnie rozpaczą pokręciłam głową. - Dzwonię po szefową, niech ona bierze zastępstwo - dodałam po chwili namysłu. Chwyciłam telefon i już miałam dzwonić do Kim.
- Nie! Nie rób tego, błagam cię... - zaskowyczał Ed - Kim ostatnio chce ze mną o czymś pogadać, a ja nie jestem przygotowany na problemy. Proszę, proszę... - nie dawał za wygraną. A ja nie mogłam mu nie ulec, bo rzeczywiście od kilku dni robił wszystko, aby nie spotkać Kim.
- No to powiedz mi teraz, kto weźmie tę zmianę?
Zapadła cisza i oboje zaczęliśmy wertować spis pracowników. Zdecydowana byłam dzwonić do Agencji, która w takich przypadkach okazywała się pomocna, kiedy Ed powiedział:
- Kamal, on przyjdzie do pracy. Dzwoń do Kamala!
- To jakiś nowy? Nie było go na zebraniu - bardziej stwierdziłam niż zapytałam - Kto to jest?
- Spodoba ci się. - Z głosu Eda wyzierały niekończące się pokłady oschłej złośliwości.
- Wiesz, skoro tak bardzo chcesz ukryć tego Kamala przede mną, to ja nie widzę najmniejszego problemu. Zadzwonię po Kim i po kłopocie. Znasz ją i wiesz, że uwielbia przychodzić wcześniej do pracy... - Powiedziałam to tonem, który natychmiast wskazał Edowi jego miejsce.
- Zobaczysz, spodoba ci się. Zadzwoń po niego - skruszony podał mi telefon i karteczkę z numerem telefonu.
Rozmawiając z Kamalem patrzyłam na Eda i widziałam, jak staje się coraz bardziej nerwowy. Ed zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia i od tamtej pory robił wszystko, by mnie zdobyć. Na nic zdały się wiersze, które dla mnie pisał i ukrywał w najdziwniejszych, niezwykle romantycznych miejscach, wysyłając mi równocześnie wiadomości ze wskazówkami, jak je odnaleźć. Z początku wydawało mi się to miłe, ale z czasem stało się męczące to dego stopnia, iż zaczęłam to ignorować. Ed próbował zawładnąć moim sercem zabierając mnie w przeróżne miejsca, o których istnieniu nie miałam pojęcia, robiąc maleńkie podarki, przysyłając kwiaty i pomagając we wszystkim, co sprawiało mi kłopot... Ja jednak pozostawałam nieczuła na jego awanse.
***
Czas zmiany dobiegał końca. Swoje stanowisko przyszedł objąć Kamal. Ed miał rację, spodobał mi się, ale nie było się czemu dziwić, bowiem okazał się on być bardzo wysokim, szalenie przystojnym, czarnoskórym mężczyzną. Mówiąc czarnoskóry, mam właśnie to na myśli. Jego ciało nie było brązowe, ani nawet czekoladowe, było nieprawdopodobnie czarne i lśniące. Na chwilę zaniemówiłam, bo nie tak wyobrażałam sobie człowieka, z którym jeszcze kilka godzin temu rozmawiałam przez telefon, nakłaniając go do nieplanowego pojawienia się w pracy.
- Dziękuję, że przyszedłeś. Mam na imię Irka - uścisnęłam jego dużą, przyjemnie twardą, ale równocześnie delikatną dłoń. - Pozwolisz, że oprowadzę cię po budynku i opiszę na czym będą polegać twoje obowiązki.
Mina Eda wskazywała na najwyższy stopień zaskoczenia, a i ja sama zdziwiona byłam moim zachowaniem. Normalnie zastawiłabym rozpiskę z wyszczególnionymi obowiązkami i kazała dzwonić, ale tylko i wyłącznie w NAGŁYM wypadku.
Oprowadziłam Kamala po budynku, wszystko starannie wytłumaczyłam. Wiedziałam, że muszę być bardzo rzeczowa, w przeciwnym razie zaczęłabym paplać jak rozchichotana małolata, lub z otwartymi ustami wpatrywać się w tego pięknego mężczyznę. Sama nie wiedziałam, co byłoby gorsze.
- Irka! Autobus nam ucieknie! - pokrzykiwał z dołu Ed, nerwowo przestępując z nogi na nogę - Chodźmy już. Kamal sobie poradzi, duży z niego chłopczyk. - Kąśliwość Eda czasem przekracza wszelkie granice.
- Mówiłem, że ci się spodoba - Ed złośliwie zatriumfował w drodze na przystanek - bzykniesz go?
- Idiota! - warknęłam ostrzegawczo.
Dalszą drogę przejechaliśmy w milczeniu, a ja wpatrując się w ciemność za oknem, rozkoszowałam się zapachem perfum Kamala - Attitude od Armaniego, aromat, który z taką łatwością przyszło mi zapamiętać. Sama nie wiem, czy Kamal spodobał mi się od pierwszego wejrzenia, czy powąchania.

sobota, 20 kwietnia 2013

*****



Prawie każdego dnia wracałam z pracy późnym wieczorem i niemal za każdym razem widziałam zaparkowanego w pobliżu domu czerwonego Nissana 300 ZX. Z początku nie zwracałam na niego zbyt wielkiej uwagi, ot, auto jakim może jeździć każdy. Z upływem czasu zaczęło docierać do mnie, że nie jest to taki znowu zwykły samochód. Było to stare sportowe auto, niegdyś niezwykle pożądane przez podrywaczy, którzy chcieli uchodzić za tych z klasą i kasą - zupełnie takich samych jak Ohydna Kupa Gówna. Myśl ta, choć z pozoru niedorzeczna, nie dawała mi spokoju. Starałam się nie zwracać uwagi na tą jeżdżącą czerwoną kupę złomu, zaparkowaną w pobliżu mojego domu. Myślałam sobie, że przecież nie można być aż tak wewnętrznie pokręconym, by spędzać całe godziny przed domem byłej i niby czemu miałoby to służyć? Tak, bywałam mistrzynią w racjonalizowaniu wszystkiego, a przynajmniej za taką chciałam uchodzić.
Odetchnęłam jednakże z wielką ulgą gdy Datsun przestał pojawiać się w niedalekim sąsiedztwie. Nadszedł nawet dzień, kiedy przestałam z dziwnym niepokojem, czającym się gdzieś tam w głębi umysłu, wyglądać na ulicę w poszukiwaniu samochodu. Doszłam do wniosku, że to był tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności i nikt mnie nie prześladuje, nie tropi i nie obserwuje.
***
Czas mijał i leczył rany. Nieciekawa wiosna ustąpiła miejsca jeszcze mniej ciekawemu latu. Padało i lało na przemian, co w zasadzie nie powinno nikogo dziwić - w końcu to Anglia i to w dodatku, ta jej mniej przyjemna część. W pracy nastąpiły zmiany. Wreszcie przyjęto kilku nowych ludzi, dzięki czemu można było nieco zwolnić, a czasem nawet wyskoczyć z kubkiem kawy i papierosem przed budynek, bez nerwowego spoglądania na pager. Po weekendzie mieliśmy mieć zebranie z nowo zatrudnionymi. Pomyślałam sobie, że to pewnie ostatni wolny weekend dla mnie, wszak nowi oznaczają niekończące się pytania i problemy, w których rozwiązaniu mogłam pomóc tylko ja. W drodze z pracy wyłączyłam telefon by nikt nie zakłócał mojego cennego wolnego czasu. W sklepie pod domem zrobiłam zakupy - sery, szynka parmeńska, bagietka, masło czosnkowe, lody, papierosy i dwie butelki wina. Wcale nie maiłam zamiaru wypić ich obu, zwyczajnie postanowiłam uzupełnić zapasy. W wypożyczalni wybrałam kilka filmów i tak zaopatrzona poczłapałam do domu. Jedyne o czym marzyłam, to relaks w wannie pełnej pachnącej piany w otoczeniu aromatycznych świec, z kieliszkiem wybornego Bordeaux w ręku.
Z zanurzenia w myślowym niebycie wyrwało mnie pukanie do drzwi. Zignorowałam je mając nadzieję, że jeśli nie otworzę, przybysz odejdzie myśląc, iż nikogo nie ma w domu. Pukanie, tak jak myślałam, ucichło, a ja dalej oddawałam się odprężającej kąpieli. Kiedy woda wystygła, zarzuciłam na siebie płaszcz kąpielowy, z kuchni wzięłam pudełko lodów i resztę wina, zasiadłam przed telewizorem i zaczęłam oglądać któryś z wypożyczonych filmów. Znów rozległo się pukanie do drzwi, było już po dwudziestej trzeciej, więc postanowiłam je zignorować i tym razem. Niestety przybysz nie dawał za wygraną i pukał coraz głośniej i szybciej. Niechętnie wstałam z kanapy i ruszyłam do drzwi. Okryta tylko w szlafrok uchyliłam drzwi. a to, co za nimi ujrzałam, sprawiło, że nie wiedziałam - zatrzasnąć je z hukiem, czy pytać o wyjaśnienie. Zanim zdążyłam zrobić cokolwiek usłyszałam:
- Przychodzę nie w porę?
Postanowiłam nie prowokować trudnych sytuacji i nie zapytałam jakim trzeba być kretynem, aby nachodzić mnie w środku nocy, będąc niechcianym gościem. Nie powiedziałam nic, ale znacząco spojrzałam na postać za drzwiami.
- Pozwolisz, że wejdę? - Wyszeptał.
Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, otworzyłam szerzej drzwi, a przez powstałą szparę wtoczył się on - Ohydna Kupa Gówna. Siadł na kanapie, zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko i powoli wypuścił dym. Popatrzył na mnie i poklepał miejsce obok siebie, sugerując bym się przysiadła. Nie drgnęłam z miejsca, ani nie odezwałam się słowem.
- Wygląda na to, że za mną nie tęsknisz - bardziej stwierdził niż zapytał, a ja nie odpowiedziałam tylko ułożyłam usta w grymas, który mógł być słusznie odczytany jako wyraz najgłębszej pogardy. - Widzisz, a ja za tobą tęskniłem. Bardzo. - Kontynuował. - Nawet nie wiesz ile nocy nie przespałem myśląc o tobie. Zmieniłem się...
Nie wiem, co więcej mówił, przestałam słuchać. Patrzyłam tylko na niego jak tak siedział, palił i ruszał wargami, aż w końcu stwierdziłam, że już dosyć.
- Późno już. - Powiedziałam.
- Chcesz żebym sobie poszedł? - zdziwiony zapytał, a ja jeszcze bardziej zdumiona tym, co usłyszałam, skinęłam tylko głową. W jednej chwili oniemiałam i na nic innego nie było mnie stać. Wychodząc patrzył na mnie tak, jakby miał nadzieję, że rzucę mu się w ramiona i poproszę by został. Co więcej, on tego po mnie oczekiwał... Wyszedł, a ja zamknęłam drzwi na wszystkie zamki, dwukrotnie je sprawdziłam, zasłoniłam wszystkie okna i wciąż oszołomiona usiadłam, wyciągnęłam papierosy i wypaliłam kilka. To jednak on parkował pod moim domem przez te długie tygodnie...

piątek, 22 marca 2013

JA



Kaśka i Vincent mieli najpiękniejszy ślub, w jakim zdarzyło mi się brać udział. Wcale nie dlatego, że od ślubów zdecydowanie bardziej wolę pogrzeby. Było naprawdę pięknie. Motywem przewodnim obrano biel. Wszędzie porozstawiano kryształowe wazony, a w nich setki białych róż, kalii i magnolii. Maleńką prowansalska kapliczkę, w której obiecywali sobie dozgonną miłość, przyozdobiono śnieżno białym szyfonem, na którym srebrzystą nitką wyhaftowano maleńkie kwiatuszki. Oblubieńców w białej karecie przywiozły cztery białe rumaki. Jak gdyby tego było mało, Kaśka miała suknię tak cudną, że mogłaby jej pozazdrościć sama Grace Kelly. Podczas pierwszego pocałunku w niebo wzbiły się setki białych jak śnieg motyli. Było przepięknie, zupełnie jak ze snów Kaśki. Nie pominięto ani jednego, choćby najmniejszego szczegółu. Gdyby moja przyjaciółka zażyczyła sobie najprawdziwszych nimf sypiących płatki kwiatów pod jej stopy, jestem pewna, że nimf tych zastępy ochoczo spełniłyby jej marzenie. Nigdy wcześniej nie widziałam jej równie pięknej i szczęśliwej.
Nowy od razu spodobał się Kaśce. Właściwie nie można się temu dziwić. Dosyć przystojny, choć to oczywiście rzecz gustu, wygadany i dowcipny. Do tego facet posiadający pasje. Aż trzy pasje, którymi obok muzyki była piłka nożna i kobiety. Do dziś nie wiem, co najbardziej go pociągało, ale to nie miało dla mnie nigdy znaczenia zaś dla Nowego miało wielkie. O swoich dokonaniach mógł opowiadać godzinami i robił to z wdziękiem, tak, że miło się słuchało tych opowieści. Nawet gdy powtarzał je drugi czy trzeci raz. Pierwszy raz, odkąd go poznałam, miałam okazję przyjrzeć się i zobaczyć jaki naprawdę jest. Z każdą minutą dochodziłam do wniosku, że to mały człowiek z ogromnym ego. Ktoś, komu wydaje się - nie, nie wydaje się, on jest przekonany - iż bogowie stworzyli go aby był najdoskonalszym darem dla kobiet. Doszłam do wniosku, że albo bogowie nie lubią kobiet i stąd taki dar, albo Nowy jest w błędzie. Oczywiście nikt nie może go o jego mylnym wyobrażeniu na własny temat informować, gdyż skazany byłby na jałową dyskusję. Tak, Nowy miał określone zdanie na każdy temat, lubił je wygłaszać i nie cierpiał sprzeciwu. Nie potrafił prowadzić konstruktywnej dyskusji, mało tego - robił wszystko, aby rozmówca poczuł się jak ostatni idiota. Nowy mógł wówczas triumfować. Zdałam sobie też sprawę, że jest paskudnie zazdrosny. Na każdą moją wzmiankę o Vincencie, jego przyjaciołach i naszych paryskich czasach reagował kąśliwym żartem, a mi posyłał dziwne spojrzenie. Nie bałam się go jednak, choć może to był mój największy błąd. Denerwował mnie sposób w jaki się poruszał, jak się nosił i jak palił papierosa. Powinnam była zostawić go w tej Francji - jako dar dla Francuzek, oczywiście.
Z jakiegoś powodu nie zrobiłam tego. Możliwe, że zagłuszyły mnie wszystkie te plany na przyszłość, o których tak pięknie opowiadał, może dlatego że był dobry w łóżku, a mi się nie chciało szukać nikogo innego - tak na wszelki wypadek, aby się nie rozczarować.
Na płaszczyźnie intelektualnej nie łączyło mnie z nim absolutnie nic. Nie chodzi nawet o to, że chciałabym dyskutować z nim o polityce, filozofii, czy chociażby kulturze współczesnej. Nie. Ja zwyczajnie chciałam móc zażartować i nie być oskarżaną, że kpię sobie z jakichś tam wartości i co gorsza z niego. Nowemu brakowało rzutkości, którą zawsze w mężczyznach ceniłam. Złośliwość, jeśli nie doprawiona odrobiną inteligencji i poczucia humoru, jest zwykłym chamstwem i z czasem zaczęłam zauważać, że Nowy serwuje je na dziesiątki sposobów. Był również mistrzem w innych dziedzinach. Jak nikt inny potrafił wymóc na mnie określone działania, których nie chciałam, a które były mu na rękę, sprawić że przez to cierpiałam i jeszcze odczuwałam żal, że narażony był na jakieś nieprzyjemności. Odchodziłam od niego dziesiątki razy, ale nieskutecznie. Nowy był nieoceniony w podbijaniu serc niewieścich. Wiedział dokładnie kiedy powinien zadzwonić, jaką wiadomość przesłać, jak nigdy nie przepraszając uzyskać przebaczenie. Tego w żaden sposób nie można mu odmówić.
Kaśka, kiedy tylko przyleciała w odwiedziny, zachwycała się Nowym - jaki on przystojny, jaki sympatyczny, jaki szarmancki i jak bardzo we mnie wpatrzony. No i może już niebawem pozwolę mu się zaobrączkować i powiję małe Nowinki... Gdyby ona tylko wiedziała, że Nowy wpatruje się we mnie aby kontrolować choćby najmniejszy ruch oczu, oczywiście śledzący jakiegoś wyimaginowanego samca, by wiedzieć czy nie robię jakichś min, mających pokazać, że nie ma dla mnie znaczenia co myśli, mówi i robi, a co gorsza nie szanuję go zupełnie.
Ostatnia wizyta przyjaciółki, jej wszystkie ochy i achy nad Nowym oraz jego, niewidoczne dla nikogo poza mną, paranoiczne zachowania do spółki z moją obojętnością stworzyły ładunek wybuchowy. Najprawdziwszą bombę z lekko opóźnionym zapłonem. Kilka dni później odwiozłam Kaśkę na lotnisko i po raz pierwszy ucieszyłam się, że już za chwilę zostanę sama, że zniknie, a wraz z nią całe to słodkie ćwierkanie. Uściskałam ją mocno i do ucha wyszeptałam - Dziękuję. - Odeszłam i na pożegnanie, nie odwracając się, pomachałam do niej. Usiadłam za kierownicą auta i pognałam przed siebie. Miałam wracać do domu, ale zmieniłam zdanie. Spośród płyt znajdujących się w moim aucie, wybrałam tą z napisem Carmina Burana, włożyłam ją do odtwarzacza, wcisnęłam play i ruszyłam w dalszą drogę. Dźwięki muzyki płynące z głośników dawały mi siłę i ukojenie. Sprawiały też iż przestałam na jakiś czas myśleć, a było to wielkim wytchnieniem od niekończącej się gonitwy myśli. Liczyła się tylko ta chwila, muzyka i prędkość. Nie wiem jak długo tak jechałam, nie zastanawiałam się nad tym dokąd zmierzam, gdzie mam zakręcić, a gdzie zawrócić. Pozwoliłam rządzić instynktowi. Dojechałam pod sam dom, w którym mieszkałam w Chelmsford. Podeszłam do drzwi i nacisnęłam dzwonek. Nie wiedziałam dlaczego tak postąpiłam, wydawało mi się to zupełnie oczywiste. Nie miałam pojęcia, kto mi te drzwi otworzy. Po chwili stanęła w nich Maria. Jej uśmiech nagle zniknął z twarzy. Kazała wejść do środka i podała mi chusteczkę.
- Masz, wytrzyj oczy, jesteś cała zapłakana. - Powiedziała stawiając czajnik na gaz, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że cała drogę płakałam. Wydmuchałam nos i dopiero wtedy mój bezgłośny płacz zamienił się w krzyk rozpaczy. - Widzę, że herbata nam się zupełnie dziś nie przyda. - Zdjęła czajnik z gazu i z szafki nad zlewem wyjęła butelkę Teacher'sa.
Ciągle jeszcze popłakując opowiedziałam Marii o wszystkim. O tym jak bardzo pokochałam Michaela i jak bardzo mi go brak, o tym jak oszukuję najbliższą mi przyjaciółkę, bo wydaje mi się, że robię to dla jej dobra, o tym jak życie przelatuje mi przez palce, a ja chciałabym żeby wydarzyło się w nim coś wyjątkowego i wartościowego, ale póki co robię same idiotyczne rzeczy. Opowiedziałam jej o Nowym, co do niego czuję, a czego nie... Była to jedyna taka rozmowa w moim życiu. Maria nie mówiła dużo, nie ponaglała mnie, podawała tylko chusteczki i dolewała whiskey do szklanki. Po kilku godzinach tej ni to rozmowy, ni to monologu poczułam wielką ulgę. Położyłam się na kanapie i zasnęłam. Zbudził mnie zapach świeżo parzonej kawy z cynamonem i ciepłych tostów z masłem orzechowym.
Cały weekend spędziłam z Marią na rozmowach o życiu, na zakupach i kucharzeniu. Teachers'a zastąpiłyśmy czerwonym winem i cieszyłyśmy się babskim towarzystwem.
- Wiesz co musisz zrobić. - Powiedziała Maria na pożegnanie i dodała - Tutaj zawsze masz swój dom. - Pomachała ręką na pożegnanie.
Do domu dotarłam niedzielnym popołudniem. Na telefonie nagranych było mnóstwo wiadomości i wszystkie od Nowego. No tak, zniknęłam mu z oczu w czwartek... Nie słuchałam jednak, co miał do powiedzenia.  Po usłyszeniu jego głosu dobiegającego z sekretarki, wiadomość natychmiast kasowałam. Wzięłam prysznic i zawinięta w szlafrok usiadłam z lampką wina przed telewizorem. Wtem rozległo się pukanie do drzwi, otworzyłam je, a w progu stanął Nowy. Nie rozpoznałam wyrazu jego twarzy. Była tam i wściekłość i ulga zarazem.
- Mogę wejść? - Zapytał. A ja pomyślałam sobie, że nie jest to najlepszy moment, ale kiedy będzie ten właściwy? Otwarłam drzwi szerzej i milcząc wykonałam zapraszający gest.
Nowy wszedł do pokoju, położył kluczyki od auta na stole i nie czekając na zaproszenie usiadł na kanapie. Wzrok utkwił w lampce wina.
- Napijesz się? - zapytałam i zwróciłam się w kierunku kuchni. Po chwili oboje siedzieliśmy w zupełnej ciszy sącząc wino. Nowy zdecydowanie nie był człowiekiem, w którego obecności cisza nie przeszkadza. Ta, która zapanowała między nami bezgłośnie krzyczała i boleśnie wdzierała się w każdy zakamarek ciała.
- Długo cię nie było. - Nowy przerwał milczenie. - Dzwoniłem kilka razy bo martwiłem się się o ciebie.
- Martwiłeś się? A ja myślę, że chciałeś mnie kontrolować. - Odparłam i tym sposobem wywołałam wilka z lasu.
Rozpętała się kłótnia. Jedna z wielu, ale miałam nadzieję, że już ostatnia. Twarz Nowego przybrała taki wyraz, jakiego dotychczas nie widziałam. Nowy nie przestawał mówić, a im więcej wypowiedział, tym bardziej wolałam aby przestał już gadać.
- Zamilknij wreszcie i wyjdź! - zażądałam. - Wszystko, co mówisz obnaża tylko jaki jesteś! A ja nie wiem, szalony czy głupi. - Rozwścieczyłam tym Nowego. Chlusnął mi winem w twarz, rzucił mnie na kanapę i całym ciężarem przyparł do niej. Przez myśl przewinęły mi się dziesiątki obrazów będące sekwencją możliwych wydarzeń mających teraz nastąpić. Resztkę energii poświęciłam na zebranie wszystkich emocji i chłodno acz stanowczo wysyczałam - Wyjdź stąd.
Zadziałało. Nowy podniósł się, spojrzał pogardliwie na mnie i ruszył w stronę drzwi.
- Klucze! Zapomniałeś kluczy. - krzyknęłam do niego, chwyciłam kluczyki i rzuciłam w jego stronę.
Wściekł się. Rozjuszony ruszył w moim kierunku i spoliczkował mnie.
Podniosłam głowę, wierzchem dłoni otarłam krew płynącą z rozciętej wargi i zdałam sobie sprawę, że mnie zaskoczył, że nie spodziewałam się, a chyba powinnam. W tym samym momencie przestałam czuć do niego cokolwiek. Nie było we mnie miejsca na nawet odrobinę sympatii ani nienawiści. Nic, pustka, przestał dla mnie istnieć.
- Wiesz gdzie są drzwi - powiedziałam zupełnie spokojnym, pozbawionym emocji głosem.  Chłód tych słów był niemal namacalny.
***
Nowy to przeszłość.  - wystukałam na klawiaturze telefonu i wysłałam wiadomość do Kaśki. Niemal natychmiast rozległ się dźwięk dzwonka, a ja usłyszałam w słuchawce przepełniony smutkiem głos przyjaciółki.
- Jaka przeszłość, co ty mówisz? - pytała z niedowierzaniem - Zostawił cię?
- Wiesz, ja nigdy nie byłam jego, więc nie mógł mnie zostawić. Tłamsił mnie, wysysał ze mnie energię. Uderzył mnie... - wyrzuciłam z siebie i chyba miałam nadzieję, że Kaśka nie usłyszała ostatniego zdania, ale musiałam jej to powiedzieć.
Zapanowała cisza, a po chwili obie zaczęłyśmy płakać.
- Mam nadzieję, że oddałaś skurwielowi! - Kaśka wycedziła przez łzy.
- Nie. Nie jest wart nawet splunięcia. - Odparłam.
Przegadałyśmy kilkadziesiąt następnych minut, tak jakby nie była to rozmowa telefoniczna, tak jakbyśmy siedziały obok siebie, zupełnie jak za starych czasów.
***
Obolała i niewyspana zwlokłam się z łóżka. Było już późno, zbyt późno aby iść do pracy. Wybrałam numer do biura i z wielkim trudem poinformowałam o nieobecności. Przy każdym, choćby najmniejszym ruchu ustami, pęknięta warga dawała o sobie znać. Wstałam, poczłapałam w kierunku lustra, zerknęłam na własne odbicie, podeszłam do barku i chwyciłam butelkę Jacka Danielsa. Wyjątkowo kiepski początek dnia - pomyślałam i dzierżąc butelkę w ręce wróciłam do lustra. Popatrzyłam raz jeszcze. Pęknięta, lekko opuchnięta warga z niewielkim siniakiem to niska cena za zachowanie godności i odzyskanie wolności - uśmiechnęłam się sama do siebie. Za ciebie Irka! - Wzniosłam toast do lustra i pociągnęłam solidny łyk.
***
Kaśka całą tą sytuacją z Nowym przejęła się dużo bardziej niż ja. Dzwoniła do mnie kilka razy w tygodniu, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu dnia. Chciała rozmawiać, uważała bowiem, iż przeżyłam straszną traumę - w końcu zostałam pobita, a i niewiele brakowało bym była także ofiarą gwałtu - i tylko długie rozmowy, wymiana zamków we wszystkich drzwiach, zamontowanie krat w oknach, wynajęcie firmy ochroniarskiej i zakup broni, mogą pomóc mi, aby w tym wszystkim się odnaleźć i pozbierać do kupy. Wymieniać zamków nie miałam potrzeby ponieważ Nowy nigdy nie dostąpił zaszczytu posiadania klucza do mojej twierdzy, krat w oknach montować również nie zamierzałam, bo zwyczajnie nie chciałam zamykać się w klatce, broń kupiłam wiele lat temu, o czym Kaśka wiedzieć nie musiała, a firma ochroniarska? - Nowy to zwykły tchórz, więc miałam nadzieję, że byłby to zupełny zbytek. Rozmowy z Kaśką nie były remedium na rany, które zadał mi Nowy. Przyniosły jednak zmianę jego przydomka. Nowy zyskał bardziej adekwatne imię - Ohydna Kupa Gówna.

czwartek, 21 marca 2013

GOŁĄB O PORANKU



Zbudziło mnie gruchanie dobiegające zza okna. Złowieszcze Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz...  przebiegło mi przez myśl. Gołębie są chyba wszędzie i po paryskim epizodzie wcale nie mają zamiaru zostawić mnie w spokoju. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna, miałam zamiar narobić okropnego hałasu i na śmierć przestraszyć pierzastego stwora, gdy zobaczyłam błękitną wstążeczkę przy pomocy której ktoś przytwierdził niewielki rulonik do nóżki ptaka. Zamachałam gwałtownie rękoma, ale srebrno szary ptak nie zląkł się, przekręcił tylko łepek lekko w bok i spojrzał na mnie. Mogłabym przysiąc, że spojrzenie to pełne było politowania. Przez uchylone okno chwyciłam skrzydlatego potwora, a ten bez protestów pozwolił mi zdjąć przesyłkę.
Dawno nie byłam niczym aż tak zaskoczona, jak tego ranka. Nie wiem, czy to biedne ptaszysko leciało do mnie z samego Paryża, czy było wynajęte od tubylczych gołębiarzy, ale wiadomość, którą mi przyniosło, ścięła mnie z nóg. Na delikatnym pergaminie przepięknie wykaligrafowano zaproszenie na ślub Kaśki i Vincenta.
Obudziłam się w ułamku sekundy. Śmiejąc się w głos pobiegłam do telefonu. Zanim do niego dotarłam zgubiłam ciapcia i bosym palcem z całej siły walnęłam w róg szafki.
- Cholerne feng shui! - syknęłam z bólu i obiecałam sobie, że natychmiast biorę się za przemeblowanie, bo ma być po mojemu, skoro i tak miłość i pieniądze mój dom omijają.
- Kaśka? Kaśka! - krzyczałam do telefonu - Ptaszydło do mnie przyleciało! Tak bardzo się cieszę!
Przez następną godzinę podekscytowana Kaśka opowiadała mi o tym jak się z Vincentem kochają, że już się nie mogą doczekać ślubu, że na miesiąc miodowy wylatują na Barbados, a po powrocie zamieszkają w Warszawie, razem z mamusią, a jakże.
- Irka, czekamy na ciebie tutaj. Wiesz, tak bym chciała żebyś i ty była równie szczęśliwa - rozmarzona dodała po chwili - Mam nadzieje, że przywieziesz swojego lubego? - zapytała lecz  nie czekała na odpowiedź - Musze już lecieć kochana. Jestem umówiona z mamusią Vincenta na śniadanie, a później będziemy wybierać zastawę na przyjęcie weselne. - Wytrajkotała. - Zadzwonię wkrótce. I pamiętaj, że chcemy poznać twojego ukochanego! - Rozłączyła się.
- No tak, ukochanego... - zamyśliłam się - jego z całą pewnością nie przywiozę...
Wzięłam telefon do ręki i zaczęłam szukać numeru - K..., L..., M - Michael... Nie, nie mogę do niego zadzwonić, chyba powinnam wykasować ten numer! N - nowy. Miał być ukochany, a nawet w telefonie widnieje jako "nowy" - to musiał być jakiś znak. Wybrałam numer i zadzwoniłam. Z Nowym umówiłam się na wieczór. Już oczyma wyobraźni widziałam jak cieszy się na wyjazd do Francji.