Paryż okazał się miejscem tak pięknym i przyjaznym, jak i drogim. Z Kaśką wynajęłyśmy niewielkie mieszkanko na poddaszu. Niewątpliwie miało ono swój urok - widok na maleńkie, ciasne paryskie uliczki. I to by było na tyle. Każdego dnia przylatywały do naszego okna gołębie, gruchały słodko, niestety też i obsrywały parapet, co słodkie wcale nie było. W mansardzie panował przenikliwy chłód i to za jego sprawą unikałyśmy spędzania zimowych wieczorów w domu.
Kilka kroków od kamienicy, w której mieszkałyśmy, znajdowała się niewielka, przytulna kafejka o dźwięcznej nazwie "Solférino" - zupełnie jak ta maleńka wioska na południu Francji. Tutaj w kominku zawsze płonął ogień, serwowana kawa była zawsze aromatyczna, wino wyborne, a sery równie pyszne jak cuchnące. Kawiarniany gwar nigdy nie cichnął, w końcu gdy Francuzi mówią, robią to głośno i wkładają w swoje przemowy wszelkie możliwe emocje.
Tamtego wieczoru wszystko wyglądało tak jak zawsze - Francuzi do siebie pokrzykiwali, a my z Kaśką, usadowione przy stoliczku w rogu, zajadałyśmy się serem, popijałyśmy wino i obserwowałyśmy otaczające nas towarzystwo.
Dobiegała północ, kiedy do baru weszło kilku mężczyzn. Na pierwszy rzut oka widać było, że są oni tutaj tak samo obcy jak my. Szukali wolnego stolika i kiedy przechodzili obok naszego, jeden z nich przystanął, popatrzył mi w oczy i uśmiechnął się przyjaźnie, a po chwili zawołany przez kompanów oddalił się.
- Kaśka, chodźmy stąd - wydukałam z siebie konspiracyjnym szeptem - widziałaś jak ten facet się na mnie gapił? Wyobrażasz sobie? Tak stał przez kilka minut i bezczelnie się we mnie wpatrywał.
- Irka, nie wydurniaj się - zaśmiała się Kaśka - jakie kilka minut? Może spojrzał na ciebie, ale to by było na tyle, żadnego gapienia nie zauważyłam. - Odparła i zamówiła kolejne dwa kieliszki wina.
Sączyłyśmy Chateau Bel Air, gdy jeden z grupki cudzoziemców podszedł do nas i po angielsku zapytał czy nie mogliby się dosiąść. Kaśka, pomimo sygnałów, które jej wysyłałam, ochoczo się zgodziła i tym oto sposobem poznałam JEGO.
- Mam na imię Michael - powiedział wyciągnąwszy dłoń do uścisku.
Oniemiała wpatrywałam się w tego pięknego mężczyznę, w jego brązowe oczy, w kształtne usta, w wyciągniętą dłoń i znów w oczy. Poczułam nagle mocne szturchnięcie i z osłupienia wyrwał mnie głos Kaśki:
- Miło cię poznać. Mam na imię Kate, a to moja przyjaciółka Irka. Jest zdrowo szurnięta - dodała.
Uścisnęłam jego dłoń, uśmiechnęłam się i zaproponowałam, by usiadł. Resztę wieczoru spędziliśmy prowadząc dyskusję o wyższości Francji and Anglią i na odwrót. Tak naprawdę to Kaśka, jako frankofilka, wychwalała pod niebiosy historię, kulturę i sztukę francuską. Ja tylko przysłuchiwałam się rozmowie i popijałam wino. Po jakimś czasie alkohol i zmęczenie dały o sobie znać, wstałam więc od stolika i zaczęłam się żegnać z wszystkimi.
- Odprowadzę cię do domu - Michael natychmiast poderwał się z krzesła i zaproponował mi swoje ramię.
- Prawdziwy dżentelmen - pomyślałam uśmiechając się do siebie
- Dziękuję, ale mieszkam tuż za rogiem. Było mi szalenie miło cię poznać. Mam nadzieję, że dalsze dni we Francji będą dla ciebie owocne - odpowiedziałam, uścisnęłam jego dłoń na pożegnanie i ruszyłam w stronę drzwi.
- Pozwól chociaż, że odprowadzę cię do drzwi - zaproponował, a ja skinęłam głową.
Pytająco popatrzyłam na Kaśkę, ale ta dała mi znać, że jeszcze trochę zostanie w towarzystwie Anglików. Uśmiechnęłam się tylko do niej i ruszyłam do wyjścia. Przy samych drzwiach Micheal poprosił mnie o numer telefonu. Pomyślałam sobie, że właściwie mogę mu go dać, bo przecież i tak nie zadzwoni, ale jakaś część mnie miała nadzieję, że jednak zrobi użytek z nabazgranej na kartce informacji.
Spojrzał na kawałek papieru, uśmiechnął się i wyszeptał: - Zadzwonię.
Droga na moje poddasze dłużyła mi się jak nigdy dotąd. Bardzo chciałam już zasnąć i aby ze snu zbudził mnie telefon od niego.
***
Od samego świtu moje myśli krążyły wokół wydarzeń minionego wieczoru. Kiedy tylko przymykałam powieki, przed oczyma rysował mi się obraz Michaela, a pamięć przywoływała jego wesoły, mruczący głos. Od dawna nikt nie zaprzątnął sobą moich myśli jak on. Postanowiłam ogarnąć się nieco, wypić poranną kawę i biec na uczelnię. Nastawiłam ekspres na kawę, a sama szybko zbiegłam na dół by kupić świeże croissanty na śniadanie. Kiedy wróciłam, ujrzałam Kaśkę rozstawiającą talerzyki i filiżanki na stole.
- Świetnie - odetchnęłam z ulgą - jesteś w domu! Sama? - wyszeptałam nie chcąc budzić żadnego tajemniczego gościa.
- Oj daj spokój, jasne, że jestem sama - żachnęła się -Ale dziwi mnie, że ty nie masz towarzystwa.
- O czym mówisz? Z kafejki poszłam prosto do domu. Wino strasznie mnie zmogło i uwierz mi, nie miałam chęci ani siły na zawieranie nowych znajomości. Poza tym, sama wiesz, Francuzi mnie nie kręcą.
- Ale ten Jamajczyk chyba ci się spodobał? - zaczepnie zapytała i nie czekając na odpowiedź dodała - Oczu nie mógł od ciebie oderwać! Ja bym go siłą do łóżka zaciągnęła, jeśli trzeba by było i w żadnym razie z niego nie wypuściła.
Tak, Kaśka miała rację, Michael jest zabójczo przystojny. Nie umiem powiedzieć w jakim jest wieku - równie dobrze może mieć czterdzieści jak i pięćdziesiąt lat - z całą pewnością delikatne zmarszczki dodają mu uroku, podczas gdy zawadiacki uśmiech i szelmowski błysk w oku tych lat ujmują. Jeśli o mężczyźnie można powiedzieć, że jest piękny i męski zarazem, to z cała pewnością określenie to pasuje do Michaela.
A ja? Sama nie wiem jaka jestem. Grzegorz dał mi odczuć, że stałam się mało apetyczna, zdecydowanie zbyt gruba i niezbyt interesująca dla innych mężczyzn.
Właśnie, Grzegorz, przecież on ciągle jest moim facetem, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
Dokończyłyśmy śniadanie i pognałyśmy na zajęcia. Dzień upłynął mi pod znakiem wertowania ksiąg w uniwersyteckiej bibliotece.
Francuski nie jest moją silna stroną i sama nie wiem, jak udało mi się dostać to stypendium, czasem myślę, że Kaśka maczała w tym swoje palce. Jeśli tak, to kocham ją za to, bo inaczej nigdy nie wyrwałabym się z impasu, w którym znajdowałam się przez ostatnie lata. Może rok rozłąki pomoże Grzegorzowi i mnie spojrzeć na nas z dystansu, przemyśleć kilka spraw, a później poskładać wszystko w harmonijną całość - snułam swoje plany.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości: "Dziękuję ci za miły wieczór i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. M." Uśmiechnęłam się sama do siebie, spakowałam torbę i ruszyłam do domu. Gdy tak szłam podziwiając paryską architekturę i rozmyślając o życiu, miałam pierwsze spotkanie twarzą w twarz, a raczej ciałem w rower, z szalonym rowerzystą, który zupełnie niespodziewanie wyjechał zza rogu i walnął we mnie tak mocno, iż upadłam, a przewracając się uderzyłam o kosz na śmieci. Drań jeden szybko odjechał i tylko pomachał do mnie przepraszająco. Z trudem wstałam z chodnika i z łzami w oczach poczłapałam do domu. Złość ze mnie aż kipiała, a obolałe plecy nie dawały zapomnieć o polsko-francuskiej konfrontacji. Nie pomogła w tym nawet kąpiel z rozmaitymi olejkami. Owinięta w ciepły koc z lampką wina w jednej ręce i papierosem w drugiej, usiadłam na parapecie i poczułam się taka samotna.
Pierwszy raz od wielu lat dotarło do mnie, że w życiu zaprzepaściłam tyle szans, że mężczyzna, którego kocham ale nie rozumiem jest gdzieś daleko i pewnie świetnie się bawi w otoczeniu znajomych, że gdyby nie Kaśka, byłabym najbardziej samotną osobą na świecie. Łzy popłynęły mi po policzkach i w żaden sposób nie mogłam przestać płakać, nawet gdy zadzwonił telefon.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam znajomy głos - nie odpowiedziałaś na moją wiadomość, martwiłem się - dodał już spokojniejszy.
- Nie, nic nie jest w porządku - załkałam do telefonu - nienawidzę tego kraju, mało brakowało, a jakiś idiota by mnie zabił, wszystko mnie boli i jest mi tak bardzo zimno i źle.
- Gdzie jesteś? - zapytał - Niedługo do ciebie przyjadę - dodał gdy podałam mu adres, a ja zgramoliłam się z parapetu i opadłam na sofę.
Dwie lampki wina i pięć papierosów później rozległo się pukanie do drzwi. Stał w nich Michael trzymając w ręce kolejną butelkę wina, bagietkę i zawiniątko z serami. Złapał moją dłoń i pociągnął za sobą wgłąb mieszkania.
- Siadaj, odpręż się i porozmawiamy - zaordynował, a sam udał się do kuchni w poszukiwaniu noża, deski do krojenia, korkociągu i kieliszka dla siebie.
***
Od ostatniego łzawego wieczoru, podczas którego otworzyłam się przed zupełnie obcym mężczyzną, minęło zaledwie kilka dni, a ja miałam wrażenie, że upłynęła cała wieczność. Michael od czasu do czasu wysyłał mi wiadomości, ja na nie odpowiadałam w sposób dość lakoniczny, bo niby co miałabym mu pisać? Że nie lubię Francji, że chyba wrócę do Polski ale najpierw odwiedzę go w Anglii, że jest mi źle z samą sobą bo czuję się nieciekawa i zupełnie nieatrakcyjna?
Z całą pewnością uznałby, że jestem desperatką i już nigdy nie dał znaku życia. A może tak byłoby lepiej, przecież za miesiąc kończy mu się kontrakt i wraca do Londynu. Dobrze, że mam Kaśkę i rozkoszną kafejkę za rogiem.
Wieczorne wypady weszły nam w nawyk. Kaśka poznała tam Vincenta - jego matka jest Polką, która w bardzo wczesnym dzieciństwie zamieszkała wraz z rodzicami gdzieś w Prowansji, ale chciałaby wrócić do Polski - chłopaka o którym nie może przestać marzyć, a co gorsze, paplać bez przerwy, a ja zaczęłam szlifować język przy czynnym udziale miejscowej ludności.
Był wtorkowy wieczór, dlatego zdziwiłam się na widok Kaśki przymierzającej nowe ciuchy.
- Idziemy do „Solférino”? - zapytałam zaskoczona jej nagłym złamaniem rutyny.
- Iruś, kochana, nie dzisiaj - odparła przepraszającym głosem - dziś Vincent zabiera mnie na romantyczną kolację. Rozumiesz? - wypowiadając te słowa była tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd.
- Jasne! Wreszcie cię zaprosił na randkę, a już myślałam, że jest gejem - zażartowałam, choć tak naprawdę miałam wątpliwości co do orientacji faceta, bo Kaśka to niezwykle piękna kobieta, nie to co ja... - Bawcie się dobrze i bądź grzeczna. Właściwie to lepiej bądź bardzo niegrzeczna! - śmiejąc się rzuciłam do niej i zniknęłam w swoim pokoju.
Spojrzałam na telefon leżący na łóżku, wzięłam go do ręki i wystukałam wiadomość "Nudzę się". Z listy adresatów wybrałam Michael, zamknęłam oczy i wcisnęłam "wyślij". Nie minęła nawet minuta, gdy dostałam wiadomość zwrotną: "Będę o ósmej".
- Przepraszam za spóźnienie, ale dopiero co udało mi się wyjść z pracy - powiedział i przesłał mi jeden z tych zawadiackich uśmiechów. A ja oderwać nie mogłam od niego wzroku, tak fantastycznie prezentował się w granatowym garniturze, białej koszuli i krawacie w różowo fioletowe prążki, które tylko podkreślały piękny odcień jego skóry.
- Wejdź proszę - uśmiechnęłam się do niego i otworzyłam szerzej drzwi - czuj... - nie udało mi się powiedzieć nic więcej, gdyż w tym właśnie momencie Michael złożył delikatny pocałunek na moich ustach.
- Tęskniłem - wyszeptał.
Poszliśmy do kuchni po przygotowaną wcześniej kolację i zjedliśmy ją w milczeniu, wpatrując się w siebie.
- Chciałbym cię pocałować - powiedział trzymając moją twarz w dłoniach i patrząc mi głęboko w oczy.
- Wiem, też tego chcę - odparłam i już miałam obsypać go pocałunkami, gdy nagle odsunął się nieznacznie i rzekł:
- Usiądźmy, muszę ci o czymś powiedzieć.
Z kieliszkami napełnionymi wyśmienitym Bergerie de L'Hortus siedliśmy na sofie. Pomimo iż delikatny uśmiech nie schodził z twarzy Michaela, stałam się bardzo niespokojna i wyczekiwałam najgorszej z możliwych informacji, coś na kształt "jestem ciężko chory i umieram " lub "urodziłem się kobietą". Spojrzał na mnie, spoważniał i zaczął:
- Jeśli po wysłuchaniu tego, co mam ci do zakomunikowania stwierdzisz, że nie chcesz mieć ze mną do czynienia, że mam się stąd natychmiast wynosić i nigdy więcej nie zawracać ci głowy, powiedz mi to, a zrozumiem i odejdę bezzwłocznie - nabrał powietrza w płuca, a ja od razu pomyślałam sobie, że jest płatnym mordercą albo dealerem narkotyków. Po chwili znów zaczął przemawiać - Nie mogę niczego ci obiecać. Nie mogę zaoferować ci przyszłości. Nie wiem nawet, czy jutro będę mógł do ciebie zadzwonić. Mam żonę i to się raczej nie zmieni.
Spojrzał na mnie badawczo i już był gotów wstać, pożegnać się i odejść, gdy odetchnęłam z ulgą, uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- Nie masz powodu by stąd wychodzić. Ja też mam kogoś, kto na mnie czeka, a ja mam zamiar do niego wrócić. Nie musisz też obawiać się o swoje małżeństwo, bo jeśli jest coś, co mogę ci zagwarantować, to to, iż nigdy nie zrobię nic, co wpędziłoby cię w kłopoty.
Padliśmy sobie w ramiona i całując namiętnie zdzieraliśmy z siebie ubrania. Kochaliśmy się tak, jakby świat miał się skończyć nazajutrz.
***
Kolejne dni w stolicy Francji upływały w szaleńczym tempie. Czas dzieliłam między uczelnię, zwiedzanie miasta oraz spotkania z paryską inteligencją, która stała się częścią naszego życia wraz z nastaniem ery Vincenta w życiu Kaśki. W gęstym dymie Gitanesów, upojeni winem, snuliśmy dyskusje na temat świata i człowieczeństwa, szykowaliśmy plan na nową rewolucję, w efekcie której na Ziemi pozostałby tylko określony typ ludzi, a co miałoby być ratunkiem dla ludzkości. Ot, normalne życie młodzieży pełnej ideałów. Były też wieczory, kiedy ukradkiem wymykałam się z domu, by spędzać upojne chwile w ramionach Michaela.
Cieszyłam się jak dziecko na każde z tych spotkań, zdając sobie sprawę z ich ulotności.
W takiej atmosferze minęły Święta i Nowy Rok, a Grzegorz, mimo wielokrotnych obietnic i zapewnień, nie przyjechał by mnie odwiedzić i spędzić ten czas ze mną. Jakoś niespecjalnie mnie to zaskoczyło, choć sprawiło przykrość. Znowu praca i brak funduszy okazały się być przyczyną mojego nieszczęścia.
Minione dni i wszystko, co się stało, dodawały mi sił i sprawiały, że przetrwałam te trudne momenty.
Zima nieco odpuściła, nie ma się co dziwić, bowiem styczeń dobiegał końca, a wraz z nim skończyć się miała najpiękniejsza przygoda mojego życia. Smutek ogarniał mnie na samą myśl o tym, ale przecież nie mogłam się spodziewać innego zakończenia. Postanowiłam poszukać jakiejś pracy, aby zatkać dziurę, mającą powstać w miejscu, które dotąd wypełniał sobą Michael.
***
- Irka, na bal do Wersalu cię zaprosili? Wyglądasz olśniewająco! - wykrzyknęła Kaśka.
Sama nie wiem czy na widok szmaragdowej sukni, czy też może mnie w nią odzianej. Nie miało to dla mnie znaczenia, bo zamierzony efekt osiągnęłam, chciałam wyglądać choć przez chwilę jak gwiazda kina i chyba mi się to udało.
- No mów mi tu natychmiast dokąd się wybierasz i kto jest tym szczęśliwcem! - zażądała.
- Oj Kaśka, Kaśka... - uśmiechnęłam się i po chwili dodałam - Ładna sukienka, prawda? Kupiłam ją już dawno, wiesz w jednej z tych chwil słabości, które dopadają mnie od czasu do czasu i postanowiłąm ją dziś założyć do opery. W Operze Narodowej wystawiają Carmen i zdecydowałam się wreszcie na własne uszy przekonać na czym polega geniusz Bizeta. I idę zupełnie sama, niestety - skłamałam, bo nie chciałam w żaden sposób burzyć świata mojej praworządnej przyjaciółki.
- Szkoda, że Grzegorz nie przyjeżdża - powiedziała zmartwiona - mógłby pokazać światu jak piękną ma kobietę i jak wielkim jest szczęściarzem.
- No - odparłam krótko, spojrzałam na zegarek i wyłgałam się od dalszej rozmowy pośpiechem.
***
Z bijącym sercem wsiadłam do czekającej przed domem taksówki i poprosiłam kierowcę, by zabrał mnie do L'Hotel, 13 Rue des Beaux Arts.
- Tak, znam ten hotel. To chyba najbardziej romantyczne miejsce w Paryżu, a z cała pewnością jedno z nich - zauważył - Musi mu na pani bardzo zależeć - dodał po chwili i zamilkł na dalszą część podróży, a ja wpatrywałam się w okno, podziwiając paryską architekturę.
Rue des Beaux Arts to jedna z uliczek wypełnionych po same krańce galeriami sztuki, a pośród nich L'Hotel, klejnot w całej swej okazałości. To takie miejsce, do którego Johny Deep mógłby wskoczyć na drinka i pozostać pewnym, że nie dopadnie go tłum szalonych wielbicielek. Hotel ten łączy w sobie delikatną, wysublimowaną nowoczesność z minioną, dekadencką epoką.
- Jakaś ty piękna! - Michael niemal krzyknął na mój widok, złapał mnie za rękę, okręcił kilka razy i złożywszy pocałunek na mojej dłoni mocno przytulił do siebie - Naprawdę piękna - wyszeptał patrząc mi głęboko w oczy, a moja twarz pokryła się rumieńcem i serce zaczęło szybciej bić. - Spójrz, wszyscy się tobie przyglądają - dodał z uznaniem, a mi się zdawało iż jest dumny z siebie, w końcu to najprawdziwszy mężczyzna.
- Oj, to ty sprawiasz, że nikt nie może przejść koło nas obojętnie. Nie często widuje się mężczyzn o tak posągowej urodzie - obdarzyłam go komplementem, a jego zadowolenie zdradziły lekko drżące kąciki ust i błysk w oku.
- Chodźmy na drinka, moja malachitowa damo! - Trzymając mnie za rękę wprowadził do niewielkiego, spowitego w przytłumionym świetle pomieszczenia.
Byliśmy tam zupełnie sami, nie licząc barmana. Podłogę pokrywał gruby, cętkowany dywan, ściany ozdobione były obrazami i fantazyjnie udrapowanymi kotarami, a na jednej ze ścian umieszczone były półki z książkami w staroświeckich oprawach. Przy barze stały cztery obite ciemnozielonym pluszem ni to pufy, ni to stołki barowe. Dalej znajdowało się kilka ciemnozielonych pluszowych puf i kanap, a my usiedliśmy na jednej z nich.
- Czego się napijesz, moja piękna? - zapytał trzymając mą dłoń przy ustach tak, by każde z wypowiadanych przez niego słów było jednocześnie pocałunkiem złożonym na moich palcach.
- Ty wiesz, co lubię najbardziej - odparłam onieśmielona otaczającym mnie przepychem. A poza tym nie chciałam narażać go na kosmiczne wydatki. Niech sam zadecyduje ile warte były dla niego minione tygodnie.
Przeprosił mnie na chwilę, podszedł do barmana i złożył zamówienie. W drodze powrotnej do stolika coś go zatrzymało, posłał mi przepraszający uśmiech i wyszedł z baru zostawiając mnie samą. Słyszałam jego głos i śmiech dobiegające zza ściany. Kotary poruszyły się i wyłonił się zza nich mój kochanek z naręczem herbacianych róż.
- Po jednej za każdy dzień - rzekł i wręczył mi ten piękny bukiet.
W tym samym czasie barman przyniósł butelkę wina. Michael zapytał, czy to wino mi odpowiada, a ja na widok Chateau Haut Brion, rocznik 2003 zupełnie oniemiałam i tylko skinęłam głową. Co miałam powiedzieć mężczyźnie, który obsypuje mnie kwiatami i upaja winem, kosztującym w sklepie przynajmniej trzysta euro, a w hotelowym barze z całą pewnością kilka razy więcej. Poczułam się naprawdę wyjątkowo. Byłam już pewna, że dla niego nasz wspólny czas był równie ważny, jak dla mnie. Barman nalał nam odrobinę wina w kieliszki i oddalił się, a my nie mówiąc nic, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Świat poza nami przestał istnieć. Liczyły się tylko kolejne chwile, jedne z ostatnich, jakie nam zostały.
Czasem słowa są zupełnie zbędne i to właśnie był taki moment. Mogłabym tak siedzieć całymi godzinami, wpatrywać się w jego twarz, gładzić policzki i dotykać ust. Tak wiele emocji chciało ze mnie wyskoczyć, ale nie znałam słów, które mogłyby je nazwać, więc wszystkie te uczucia musiały zostać uwięzione gdzieś na dnie duszy.
Kiedy opróżniliśmy kieliszki, Michael zaproponował abyśmy przenieśli się do restauracji, ponieważ wieść niesie, iż podają tam najlepiej przyrządzone w mieście mięso daniela. Nigdy wcześniej nie miałam okazji by skosztować tego dania i jakoś tak dziwnie zdawało mi się, że sposobności takiej szukać nie będę. Poszliśmy więc.
Restauracja, w odróżnieniu od baru, była jasna, ale równie przytulna, a to za sprawą miękkich kanap i foteli. Kolację zjedliśmy prowadząc nieistotne rozmowy. Ani razu nie wspomnieliśmy o nieubłaganie zbliżającym się końcu. Chateau Haut Brion komponowało się znakomicie z zamówionym mięsiwem.
- Chcesz już stąd iść? - zapytał i wcale nie czekał na odpowiedź, chwycił mnie w ramiona, złożył pocałunek na moim czole i poprowadził wprost do windy, którą wjechaliśmy na czwarte piętro.
***
- Pragnę cię - wyszeptał mi do ucha przygryzając je delikatnie, kiedy pokojowe drzwi zamknęły się za nami - pocałuj mnie -poprosił.
- Zmuś mnie - rzuciłam od niechcenia, a tak naprawdę chciałam aby pokazał mi swą samczą naturę.
- Niebezpiecznie pogrywasz - zamruczał, a jego oczy zapłonęły niczym pochodnie - jesteś pewna, że tego chcesz?
Nie odpowiedziałam, zmrużyłam tylko lekko oczy, podniosłam brew i nieznacznie uniosłam kąciki ust w prowokacyjnym uśmiechu. Wszystko stało się zupełnie oczywiste. Chwycił mnie za włosy i trzymając je mocno, odchylił mą głowę do tyłu i zaczął namiętnie całować przygryzając moje wargi. Jego język wdarł się w moje usta, a dłonie chwyciły za piersi osnute zielonym jedwabiem. Drżałam podekscytowana i cała obolała z podniecenia wyczekiwałam kolejnych pieszczot. Dłoń Michaela powędrowała niżej, podciągnął moją suknię, rozchylił koronkowe majtki i dotknął delikatnie, a moim ciałem zatrzęsło nieopisane podniecenie.
- Jesteś taka mokra - wymruczał - uwielbiam cię taką.
Bardzo chciałam go dotknąć lecz nie pozwolił mi na to. Zdjął krawat i związał nim moje ręce, odwrócił tyłem do siebie i pchnął na łóżko. Rozsunął mi nogi i wszedł we mnie głęboko, a jego męskość wypełniła mnie całą. Kochaliśmy się bardzo długo. Raz namiętnie i dziko, a za chwilę delikatnie.
Zaczęło już świtać, kiedy zmęczona wtuliłam się w jego ramiona i całując doskonale wyrzeźbiony tors, wyrzuciłam z siebie:
- Będę tęsknić.
Chwycił moją twarz i uniósł lekko do góry, tak abym go widziała i powiedział:
- Jedź ze mną...
- Śpij już, długi dzień przed tobą - odparłam ze smutnym uśmiechem na ustach i szybko zacisnęłam powieki, aby nie uronić ani jednej łzy spośród tych, które właśnie zaczęły napływać do moich oczu.
***
Wyszłam kiedy jeszcze spał, nie chciałam się żegnać i nie sądzę, iż potrafiłabym powstrzymać się od łez. Na pogniecioną suknię, ciągle jeszcze pachnącą Michaelem, narzuciłam wełniany płaszcz, złożyłam pocałunek na jego ustach i wymknęłam się z pokoju.
Wybiegłam z hotelu i pospiesznym krokiem udałam się przed siebie. Nogi zabrały mnie nad Sekwanę, usiadłam na jednej z ławeczek i rozpłakałam się. Wiatr targał moje włosy, tak jakby chciał mi pokazać, że mogę wyglądać i czuć się gorzej, śnieg sypał, a chłód sprawiał, że łzy zaczynały zamarzać. Chciało mi się wyć.
- Co ci tak dogryzło, dziewczyno? - usłyszałam zachrypnięty głos, podniosłam głowę i zobaczyłam starca odzianego w nędzne łachmany. No tak, jeszcze jakiegoś kloszarda mi trzeba - pomyślałam, a na głos powiedziałam tylko - życie...
Nieznajomy wyciągnął w moją stronę rękę, w której trzymał paczkę papierosów. Spojrzałam na niego niepewnie i spuściłam głowę.
- No zapal sobie - podsunął mi paczkę pod sam nos. Wyjęłam z niej papierosa, podał mi zapalniczkę, przysiadł obok i też zapalił. Siedzieliśmy tak w milczeniu. Kiedy mój papieros zupełnie się wypalił, nieznajomy odezwał się
- Idź już do domu, weź prysznic, uśmiechnij się i bądź szczęśliwa, wbrew wszystkiemu.
Wstałam, spojrzałam na niego, a on tylko machnął na mnie ręką. Ruszyłam w poszukiwaniu taksówki. Już nie płakałam i nawet zaczęłam nieśmiało uśmiechać się gdzieś tam, w głębi duszy. Piękne róże, które trzymałam w ręku przynosiły mi wspomnienia minionego wieczoru.