niedziela, 10 marca 2013

*****


Mieszkanie było zupełnie puste. W powietrzu nie unosiły się żadne zapachy, co oznaczać tylko mogło, że Kaśka wyszła już dość dawno i lada chwila może wrócić, a ja zupełnie nie wiedziałam, jak mogłabym wytłumaczyć się z całonocnej nieobecności. Wstawiłam do piekarnika jakąś mrożonkę, a sama wskoczyłam pod prysznic. Postanowiłam nie myśleć o niczym innym, tylko o przyszłości. W ten czy inny sposób będę szczęśliwa, taki mam plan na przyszłość - pomyślałam. Kiedy miałam już zasiąść do obiadu, w domu rozległ się szczęk przekręcanego w zamku klucza. To musiała być Kaśka, a ja nie zdążyłam wymyślić żadnej historyjki. Przyjdzie mi improwizować, lub powiedzieć prawdę. Życie byłoby zdecydowanie łatwiejsze, gdybym nie musiała kłamać, ale Kaśki świat ległby w gruzach, a tego nie mogłabym jej zrobić.

- Cześć Ireno! - przyjaciółka w świetnym humorze wpadła do kuchni i natychmiast nałożyła sobie resztkę przygotowanego jedzenia. I to Ireno... Skąd jej przyszło do głowy, by tak mnie nazywać? Znamy się całe życie, a jeszcze nigdy nie zwróciła się do mnie w ten sposób.
Siedziała po przeciwnej stronie stołu, z tym dziwacznym uśmiechem na ustach i wpatrywała się we mnie oczekując, aż się odezwę. Twoje niedoczekanie - pomyślałam i zajadałam się zawartością talerza.

- Nie masz zamiaru zapytać mnie gdzie spędziłam noc? - wypaliła nagle, a ja nareszcie mogłam odetchnąć z ulgą.
- Postanowiłam, że dam ci szansę. - Puściłam do niej oko i usadowiłam się wygodnie - No to słucham, co chciałabyś mi powiedzieć?

Kaśka wstała od stołu, zabrała talerze z niedokończonym obiadem, postawiła dwa kieliszki i butelkę wina. Siedziałyśmy tak chwilę w milczeniu popijając tanie wino, kiedy Kaśka wreszcie wyrzuciła z siebie potok słów:
- Wczoraj, jak tylko wyszłaś, zadzwonił Vincent i zaproponował abyśmy się spotkali. Był niedaleko, więc postanowił wyrwać mnie z domu i poszliśmy na spacer. Wjechaliśmy nawet na Wieżę Eiffla i było tak romantycznie. Rozumiesz, prawda? Później razem zjedliśmy kolację, gdzieś na Saint-Germain. - serce zabiło mi mocniej, Kaśka spędziła noc w tej samej okolicy, co my, przecież mogła nas gdzieś zobaczyć - Rozmawialiśmy do późna. Kiedy chciałam wracać, nie mogłam złapać żadnej taksówki... - Kaśka strasznie kręciła, ech ona nigdy nie nauczy się kłamać.

- Poszłaś z nim do łóżka! - postanowiłam ułatwić jej wyznanie - Nareszcie! Myślałam, że zachowasz dziewictwo do dnia ślubu i zaczęłam się poważnie martwić - zażartowałam.
- Naprawdę uważasz, że nie ma w tym nic złego? - zapytała, a w jej głosie słychać było wyraźną ulgę. - My się bardzo kochamy.
- Kaśka, ja się naprawdę bardzo cieszę waszym szczęściem, a w szczęściu dwojga nie ma nic niewłaściwego - odparłam.
- Irka, jest jeszcze coś - wzięła solidny łyk wina - postanowiliśmy zamieszkać razem. Wiesz, mieszkanie jest opłacone do końca miesiąca... W lutym przeprowadzę się do Vincenta, a tobie znajdziemy jakąś współlokatorkę, obiecuję, już moja w tym głowa. Zobaczysz, nie odczujesz nawet zmiany.
- Kaśka, to się nawet świetnie składa - przerwałam jej, zanim zdążyła zaplanować moich kilka następnych lat - postanowiłam wyjechać z Francji.
- Ale jak to? Kiedy? Dlaczego? Wracasz do Grzegorza? - gotowa była zadać jeszcze sto innych pytań, a ja wcale nie miałam ochoty na nie odpowiadać.
- Wiesz, dużo o tym myślałam i zgodzisz się ze mną, że starałam się zaaklimatyzować tutaj, ale nie mogę. Nie znam zbyt dobrze francuskiego, a nauka średnio mi idzie. Nie lubię Francuzów, są tak okropnie głośni i mają problemy z higieną, niektórzy nawet cuchną! Źle mi tu i już. Zostanę z tobą do końca miesiąca, a tym sposobem nie będzie problemu z mieszkaniem. Do Grzegorza jeszcze nie wracam. Miał być rok rozłąki i tak będzie. Dostałam pracę, zarobię jakieś pieniądze, zobaczę ile zostanie mi z oszczędności i wtedy zdecyduję co dalej.
Dopiłyśmy wino, Kaśka jeszcze długo opowiadała mi, jak cudowny jest Vincent, a ja zaczynałam snuć plany.

***

Przez cały kolejny miesiąc szykowałam się do wyprawy i tym razem naprawdę w nieznane. Na uczelni nie pokazywałam się już wcale, za to pracowałam od rana do późnego wieczora. Dzięki temu nie rozmyślałam nad minionym czasem.

- Czołem Grześku! - zawołałam do telefonu - To jak, postanowiłeś znaleźć chwilę, by odwiedzić ukochaną?
- Irka, w tym miesiącu  nie dam rady, ale może w lutym. Wiesz, zabrałbym cię na urodzinową kolację, gdzieś na szczycie wieżyczki - zakpił, choć chyba chciał być romantyczny. Co z tego, skoro mu nie wyszło. Jak zwykle...
- Nie kłopocz się. Postanowiłam opuścić Francję - rzuciłam.
- Wracasz do domu? Jak dobrze. Naprawdę się cieszę, ogromnie tęskniłem. - Trochę zdziwiła mnie ta deklaracja, ale zdecydowanie bardziej zaskoczyły mnie ulga i szczerość płynące z głosu Grzegorza.
- Oj nie, kochany. Francja wprawdzie nie zachwyciła mnie sobą, ale jest za to tyle innych miejsc, w których mam zamiar się znaleźć.
- To dokąd tym razem się wybierasz? - w słuchawce zabrzmiał poirytowany głos Grzegorza.
- Jeszcze nie wiem, ale jak tam dotrę, to z pewnością wyślę ci kartkę. Wiesz,  żebyś wiedział gdzie mnie szukać, na wypadek gdybyś jednak kiedyś zechciał wpaść z wizytą. - zaśmiałam się - A teraz wybacz mój miły, ale muszę pędzić. Ciao!

Włączyłam komputer, kolejny raz sprawdziłam stan konta - był zadowalający - przyjrzałam się liście propozycji pracy, które dostałam w ostatnich dniach. W wyszukiwarkę wpisywałam kolejno adresy i czytałam na temat miejsc, w których czekała na mnie praca i może jakaś kolejna przygoda. Jedno z tych miejsc szczególnie przypadło mi do gustu. Niewielkie miasteczko uniwersyteckie położone w malowniczym, choć nie najtańszym zakątku - no, ale po Paryżu wszystko wydaje się mieć przystępną cenę - za to klimat tam panujący określany jest jako łagodny, ludność przyjacielska, no i miasto ze świetnym węzłem komunikacyjnym. Tak, to będzie mój nowy dom. Wybrałam numer telefonu znajdujący się na zaproszeniu do pracy i jakąś rozradowaną kobietę poinformowałam, że na miejscu będę już za dwa tygodnie. Umówiłyśmy się na przekazanie szczegółów drogą mailową, a ja zaczęłam szukać połączeń lotniczych.

***

Od przeprowadzki do Chelmsford minęło kilka tygodni. Nowe miejsce, praca i nowi ludzie wokół mnie sprawili, że przestałam oglądać się za siebie i zaczęłam żyć pełnią życia. Razem z dwojgiem młodych ludzi, studentów z jakiegoś kraju o dziwnie brzmiącej nazwie, wynajmowaliśmy niewielki dom. Błogosławiłam dzień, w którym ich spotkałam, bo okazali się być nie tylko rozrywkowi, ale i bardzo inteligentni, a z czasem nawiązała się między nami silna więź.
Chyba trochę się zagubiłam. Wiele z moich wyjść do klubu nocnego owocowało jeśli nie kolejnym kochankiem, to z pewnością kandydatem na niego. Strasznie lubiłam sposób w jaki ci młodzi mężczyźni na mnie patrzyli, jak do mnie mówili, jak próbowali wkupić się w łaski. Wybierałam tych, którzy wytrwale ale z klasą dążyli do celu i nie dawali się zaspokoić samymi obietnicami. Jednak po jakimś czasie przestałam lubić siebie samą. W lustrze widziałam niebrzydką kobietę z totalną pustką w oczach. Zaczynałam tęsknić za Grzegorzem. Za tą jego przewidywalnością i uczuciową stałością. Ciągle jeszcze nie potrafiłam, nawet sama przed sobą, przyznać co do niego czułam. Z całą pewnością sympatię, ale czy go wciąż kochałam? Wzięłam telefon do ręki, by do niego zadzwonić, nie odpowiadał. Na klawiaturze wystukałam tylko jestem w Anglii i wysłałam wiadomość do Michaela. Chwilę potem zadźwięczał dzwonek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz