piątek, 22 marca 2013

JA



Kaśka i Vincent mieli najpiękniejszy ślub, w jakim zdarzyło mi się brać udział. Wcale nie dlatego, że od ślubów zdecydowanie bardziej wolę pogrzeby. Było naprawdę pięknie. Motywem przewodnim obrano biel. Wszędzie porozstawiano kryształowe wazony, a w nich setki białych róż, kalii i magnolii. Maleńką prowansalska kapliczkę, w której obiecywali sobie dozgonną miłość, przyozdobiono śnieżno białym szyfonem, na którym srebrzystą nitką wyhaftowano maleńkie kwiatuszki. Oblubieńców w białej karecie przywiozły cztery białe rumaki. Jak gdyby tego było mało, Kaśka miała suknię tak cudną, że mogłaby jej pozazdrościć sama Grace Kelly. Podczas pierwszego pocałunku w niebo wzbiły się setki białych jak śnieg motyli. Było przepięknie, zupełnie jak ze snów Kaśki. Nie pominięto ani jednego, choćby najmniejszego szczegółu. Gdyby moja przyjaciółka zażyczyła sobie najprawdziwszych nimf sypiących płatki kwiatów pod jej stopy, jestem pewna, że nimf tych zastępy ochoczo spełniłyby jej marzenie. Nigdy wcześniej nie widziałam jej równie pięknej i szczęśliwej.
Nowy od razu spodobał się Kaśce. Właściwie nie można się temu dziwić. Dosyć przystojny, choć to oczywiście rzecz gustu, wygadany i dowcipny. Do tego facet posiadający pasje. Aż trzy pasje, którymi obok muzyki była piłka nożna i kobiety. Do dziś nie wiem, co najbardziej go pociągało, ale to nie miało dla mnie nigdy znaczenia zaś dla Nowego miało wielkie. O swoich dokonaniach mógł opowiadać godzinami i robił to z wdziękiem, tak, że miło się słuchało tych opowieści. Nawet gdy powtarzał je drugi czy trzeci raz. Pierwszy raz, odkąd go poznałam, miałam okazję przyjrzeć się i zobaczyć jaki naprawdę jest. Z każdą minutą dochodziłam do wniosku, że to mały człowiek z ogromnym ego. Ktoś, komu wydaje się - nie, nie wydaje się, on jest przekonany - iż bogowie stworzyli go aby był najdoskonalszym darem dla kobiet. Doszłam do wniosku, że albo bogowie nie lubią kobiet i stąd taki dar, albo Nowy jest w błędzie. Oczywiście nikt nie może go o jego mylnym wyobrażeniu na własny temat informować, gdyż skazany byłby na jałową dyskusję. Tak, Nowy miał określone zdanie na każdy temat, lubił je wygłaszać i nie cierpiał sprzeciwu. Nie potrafił prowadzić konstruktywnej dyskusji, mało tego - robił wszystko, aby rozmówca poczuł się jak ostatni idiota. Nowy mógł wówczas triumfować. Zdałam sobie też sprawę, że jest paskudnie zazdrosny. Na każdą moją wzmiankę o Vincencie, jego przyjaciołach i naszych paryskich czasach reagował kąśliwym żartem, a mi posyłał dziwne spojrzenie. Nie bałam się go jednak, choć może to był mój największy błąd. Denerwował mnie sposób w jaki się poruszał, jak się nosił i jak palił papierosa. Powinnam była zostawić go w tej Francji - jako dar dla Francuzek, oczywiście.
Z jakiegoś powodu nie zrobiłam tego. Możliwe, że zagłuszyły mnie wszystkie te plany na przyszłość, o których tak pięknie opowiadał, może dlatego że był dobry w łóżku, a mi się nie chciało szukać nikogo innego - tak na wszelki wypadek, aby się nie rozczarować.
Na płaszczyźnie intelektualnej nie łączyło mnie z nim absolutnie nic. Nie chodzi nawet o to, że chciałabym dyskutować z nim o polityce, filozofii, czy chociażby kulturze współczesnej. Nie. Ja zwyczajnie chciałam móc zażartować i nie być oskarżaną, że kpię sobie z jakichś tam wartości i co gorsza z niego. Nowemu brakowało rzutkości, którą zawsze w mężczyznach ceniłam. Złośliwość, jeśli nie doprawiona odrobiną inteligencji i poczucia humoru, jest zwykłym chamstwem i z czasem zaczęłam zauważać, że Nowy serwuje je na dziesiątki sposobów. Był również mistrzem w innych dziedzinach. Jak nikt inny potrafił wymóc na mnie określone działania, których nie chciałam, a które były mu na rękę, sprawić że przez to cierpiałam i jeszcze odczuwałam żal, że narażony był na jakieś nieprzyjemności. Odchodziłam od niego dziesiątki razy, ale nieskutecznie. Nowy był nieoceniony w podbijaniu serc niewieścich. Wiedział dokładnie kiedy powinien zadzwonić, jaką wiadomość przesłać, jak nigdy nie przepraszając uzyskać przebaczenie. Tego w żaden sposób nie można mu odmówić.
Kaśka, kiedy tylko przyleciała w odwiedziny, zachwycała się Nowym - jaki on przystojny, jaki sympatyczny, jaki szarmancki i jak bardzo we mnie wpatrzony. No i może już niebawem pozwolę mu się zaobrączkować i powiję małe Nowinki... Gdyby ona tylko wiedziała, że Nowy wpatruje się we mnie aby kontrolować choćby najmniejszy ruch oczu, oczywiście śledzący jakiegoś wyimaginowanego samca, by wiedzieć czy nie robię jakichś min, mających pokazać, że nie ma dla mnie znaczenia co myśli, mówi i robi, a co gorsza nie szanuję go zupełnie.
Ostatnia wizyta przyjaciółki, jej wszystkie ochy i achy nad Nowym oraz jego, niewidoczne dla nikogo poza mną, paranoiczne zachowania do spółki z moją obojętnością stworzyły ładunek wybuchowy. Najprawdziwszą bombę z lekko opóźnionym zapłonem. Kilka dni później odwiozłam Kaśkę na lotnisko i po raz pierwszy ucieszyłam się, że już za chwilę zostanę sama, że zniknie, a wraz z nią całe to słodkie ćwierkanie. Uściskałam ją mocno i do ucha wyszeptałam - Dziękuję. - Odeszłam i na pożegnanie, nie odwracając się, pomachałam do niej. Usiadłam za kierownicą auta i pognałam przed siebie. Miałam wracać do domu, ale zmieniłam zdanie. Spośród płyt znajdujących się w moim aucie, wybrałam tą z napisem Carmina Burana, włożyłam ją do odtwarzacza, wcisnęłam play i ruszyłam w dalszą drogę. Dźwięki muzyki płynące z głośników dawały mi siłę i ukojenie. Sprawiały też iż przestałam na jakiś czas myśleć, a było to wielkim wytchnieniem od niekończącej się gonitwy myśli. Liczyła się tylko ta chwila, muzyka i prędkość. Nie wiem jak długo tak jechałam, nie zastanawiałam się nad tym dokąd zmierzam, gdzie mam zakręcić, a gdzie zawrócić. Pozwoliłam rządzić instynktowi. Dojechałam pod sam dom, w którym mieszkałam w Chelmsford. Podeszłam do drzwi i nacisnęłam dzwonek. Nie wiedziałam dlaczego tak postąpiłam, wydawało mi się to zupełnie oczywiste. Nie miałam pojęcia, kto mi te drzwi otworzy. Po chwili stanęła w nich Maria. Jej uśmiech nagle zniknął z twarzy. Kazała wejść do środka i podała mi chusteczkę.
- Masz, wytrzyj oczy, jesteś cała zapłakana. - Powiedziała stawiając czajnik na gaz, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że cała drogę płakałam. Wydmuchałam nos i dopiero wtedy mój bezgłośny płacz zamienił się w krzyk rozpaczy. - Widzę, że herbata nam się zupełnie dziś nie przyda. - Zdjęła czajnik z gazu i z szafki nad zlewem wyjęła butelkę Teacher'sa.
Ciągle jeszcze popłakując opowiedziałam Marii o wszystkim. O tym jak bardzo pokochałam Michaela i jak bardzo mi go brak, o tym jak oszukuję najbliższą mi przyjaciółkę, bo wydaje mi się, że robię to dla jej dobra, o tym jak życie przelatuje mi przez palce, a ja chciałabym żeby wydarzyło się w nim coś wyjątkowego i wartościowego, ale póki co robię same idiotyczne rzeczy. Opowiedziałam jej o Nowym, co do niego czuję, a czego nie... Była to jedyna taka rozmowa w moim życiu. Maria nie mówiła dużo, nie ponaglała mnie, podawała tylko chusteczki i dolewała whiskey do szklanki. Po kilku godzinach tej ni to rozmowy, ni to monologu poczułam wielką ulgę. Położyłam się na kanapie i zasnęłam. Zbudził mnie zapach świeżo parzonej kawy z cynamonem i ciepłych tostów z masłem orzechowym.
Cały weekend spędziłam z Marią na rozmowach o życiu, na zakupach i kucharzeniu. Teachers'a zastąpiłyśmy czerwonym winem i cieszyłyśmy się babskim towarzystwem.
- Wiesz co musisz zrobić. - Powiedziała Maria na pożegnanie i dodała - Tutaj zawsze masz swój dom. - Pomachała ręką na pożegnanie.
Do domu dotarłam niedzielnym popołudniem. Na telefonie nagranych było mnóstwo wiadomości i wszystkie od Nowego. No tak, zniknęłam mu z oczu w czwartek... Nie słuchałam jednak, co miał do powiedzenia.  Po usłyszeniu jego głosu dobiegającego z sekretarki, wiadomość natychmiast kasowałam. Wzięłam prysznic i zawinięta w szlafrok usiadłam z lampką wina przed telewizorem. Wtem rozległo się pukanie do drzwi, otworzyłam je, a w progu stanął Nowy. Nie rozpoznałam wyrazu jego twarzy. Była tam i wściekłość i ulga zarazem.
- Mogę wejść? - Zapytał. A ja pomyślałam sobie, że nie jest to najlepszy moment, ale kiedy będzie ten właściwy? Otwarłam drzwi szerzej i milcząc wykonałam zapraszający gest.
Nowy wszedł do pokoju, położył kluczyki od auta na stole i nie czekając na zaproszenie usiadł na kanapie. Wzrok utkwił w lampce wina.
- Napijesz się? - zapytałam i zwróciłam się w kierunku kuchni. Po chwili oboje siedzieliśmy w zupełnej ciszy sącząc wino. Nowy zdecydowanie nie był człowiekiem, w którego obecności cisza nie przeszkadza. Ta, która zapanowała między nami bezgłośnie krzyczała i boleśnie wdzierała się w każdy zakamarek ciała.
- Długo cię nie było. - Nowy przerwał milczenie. - Dzwoniłem kilka razy bo martwiłem się się o ciebie.
- Martwiłeś się? A ja myślę, że chciałeś mnie kontrolować. - Odparłam i tym sposobem wywołałam wilka z lasu.
Rozpętała się kłótnia. Jedna z wielu, ale miałam nadzieję, że już ostatnia. Twarz Nowego przybrała taki wyraz, jakiego dotychczas nie widziałam. Nowy nie przestawał mówić, a im więcej wypowiedział, tym bardziej wolałam aby przestał już gadać.
- Zamilknij wreszcie i wyjdź! - zażądałam. - Wszystko, co mówisz obnaża tylko jaki jesteś! A ja nie wiem, szalony czy głupi. - Rozwścieczyłam tym Nowego. Chlusnął mi winem w twarz, rzucił mnie na kanapę i całym ciężarem przyparł do niej. Przez myśl przewinęły mi się dziesiątki obrazów będące sekwencją możliwych wydarzeń mających teraz nastąpić. Resztkę energii poświęciłam na zebranie wszystkich emocji i chłodno acz stanowczo wysyczałam - Wyjdź stąd.
Zadziałało. Nowy podniósł się, spojrzał pogardliwie na mnie i ruszył w stronę drzwi.
- Klucze! Zapomniałeś kluczy. - krzyknęłam do niego, chwyciłam kluczyki i rzuciłam w jego stronę.
Wściekł się. Rozjuszony ruszył w moim kierunku i spoliczkował mnie.
Podniosłam głowę, wierzchem dłoni otarłam krew płynącą z rozciętej wargi i zdałam sobie sprawę, że mnie zaskoczył, że nie spodziewałam się, a chyba powinnam. W tym samym momencie przestałam czuć do niego cokolwiek. Nie było we mnie miejsca na nawet odrobinę sympatii ani nienawiści. Nic, pustka, przestał dla mnie istnieć.
- Wiesz gdzie są drzwi - powiedziałam zupełnie spokojnym, pozbawionym emocji głosem.  Chłód tych słów był niemal namacalny.
***
Nowy to przeszłość.  - wystukałam na klawiaturze telefonu i wysłałam wiadomość do Kaśki. Niemal natychmiast rozległ się dźwięk dzwonka, a ja usłyszałam w słuchawce przepełniony smutkiem głos przyjaciółki.
- Jaka przeszłość, co ty mówisz? - pytała z niedowierzaniem - Zostawił cię?
- Wiesz, ja nigdy nie byłam jego, więc nie mógł mnie zostawić. Tłamsił mnie, wysysał ze mnie energię. Uderzył mnie... - wyrzuciłam z siebie i chyba miałam nadzieję, że Kaśka nie usłyszała ostatniego zdania, ale musiałam jej to powiedzieć.
Zapanowała cisza, a po chwili obie zaczęłyśmy płakać.
- Mam nadzieję, że oddałaś skurwielowi! - Kaśka wycedziła przez łzy.
- Nie. Nie jest wart nawet splunięcia. - Odparłam.
Przegadałyśmy kilkadziesiąt następnych minut, tak jakby nie była to rozmowa telefoniczna, tak jakbyśmy siedziały obok siebie, zupełnie jak za starych czasów.
***
Obolała i niewyspana zwlokłam się z łóżka. Było już późno, zbyt późno aby iść do pracy. Wybrałam numer do biura i z wielkim trudem poinformowałam o nieobecności. Przy każdym, choćby najmniejszym ruchu ustami, pęknięta warga dawała o sobie znać. Wstałam, poczłapałam w kierunku lustra, zerknęłam na własne odbicie, podeszłam do barku i chwyciłam butelkę Jacka Danielsa. Wyjątkowo kiepski początek dnia - pomyślałam i dzierżąc butelkę w ręce wróciłam do lustra. Popatrzyłam raz jeszcze. Pęknięta, lekko opuchnięta warga z niewielkim siniakiem to niska cena za zachowanie godności i odzyskanie wolności - uśmiechnęłam się sama do siebie. Za ciebie Irka! - Wzniosłam toast do lustra i pociągnęłam solidny łyk.
***
Kaśka całą tą sytuacją z Nowym przejęła się dużo bardziej niż ja. Dzwoniła do mnie kilka razy w tygodniu, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu dnia. Chciała rozmawiać, uważała bowiem, iż przeżyłam straszną traumę - w końcu zostałam pobita, a i niewiele brakowało bym była także ofiarą gwałtu - i tylko długie rozmowy, wymiana zamków we wszystkich drzwiach, zamontowanie krat w oknach, wynajęcie firmy ochroniarskiej i zakup broni, mogą pomóc mi, aby w tym wszystkim się odnaleźć i pozbierać do kupy. Wymieniać zamków nie miałam potrzeby ponieważ Nowy nigdy nie dostąpił zaszczytu posiadania klucza do mojej twierdzy, krat w oknach montować również nie zamierzałam, bo zwyczajnie nie chciałam zamykać się w klatce, broń kupiłam wiele lat temu, o czym Kaśka wiedzieć nie musiała, a firma ochroniarska? - Nowy to zwykły tchórz, więc miałam nadzieję, że byłby to zupełny zbytek. Rozmowy z Kaśką nie były remedium na rany, które zadał mi Nowy. Przyniosły jednak zmianę jego przydomka. Nowy zyskał bardziej adekwatne imię - Ohydna Kupa Gówna.

czwartek, 21 marca 2013

GOŁĄB O PORANKU



Zbudziło mnie gruchanie dobiegające zza okna. Złowieszcze Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz...  przebiegło mi przez myśl. Gołębie są chyba wszędzie i po paryskim epizodzie wcale nie mają zamiaru zostawić mnie w spokoju. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna, miałam zamiar narobić okropnego hałasu i na śmierć przestraszyć pierzastego stwora, gdy zobaczyłam błękitną wstążeczkę przy pomocy której ktoś przytwierdził niewielki rulonik do nóżki ptaka. Zamachałam gwałtownie rękoma, ale srebrno szary ptak nie zląkł się, przekręcił tylko łepek lekko w bok i spojrzał na mnie. Mogłabym przysiąc, że spojrzenie to pełne było politowania. Przez uchylone okno chwyciłam skrzydlatego potwora, a ten bez protestów pozwolił mi zdjąć przesyłkę.
Dawno nie byłam niczym aż tak zaskoczona, jak tego ranka. Nie wiem, czy to biedne ptaszysko leciało do mnie z samego Paryża, czy było wynajęte od tubylczych gołębiarzy, ale wiadomość, którą mi przyniosło, ścięła mnie z nóg. Na delikatnym pergaminie przepięknie wykaligrafowano zaproszenie na ślub Kaśki i Vincenta.
Obudziłam się w ułamku sekundy. Śmiejąc się w głos pobiegłam do telefonu. Zanim do niego dotarłam zgubiłam ciapcia i bosym palcem z całej siły walnęłam w róg szafki.
- Cholerne feng shui! - syknęłam z bólu i obiecałam sobie, że natychmiast biorę się za przemeblowanie, bo ma być po mojemu, skoro i tak miłość i pieniądze mój dom omijają.
- Kaśka? Kaśka! - krzyczałam do telefonu - Ptaszydło do mnie przyleciało! Tak bardzo się cieszę!
Przez następną godzinę podekscytowana Kaśka opowiadała mi o tym jak się z Vincentem kochają, że już się nie mogą doczekać ślubu, że na miesiąc miodowy wylatują na Barbados, a po powrocie zamieszkają w Warszawie, razem z mamusią, a jakże.
- Irka, czekamy na ciebie tutaj. Wiesz, tak bym chciała żebyś i ty była równie szczęśliwa - rozmarzona dodała po chwili - Mam nadzieje, że przywieziesz swojego lubego? - zapytała lecz  nie czekała na odpowiedź - Musze już lecieć kochana. Jestem umówiona z mamusią Vincenta na śniadanie, a później będziemy wybierać zastawę na przyjęcie weselne. - Wytrajkotała. - Zadzwonię wkrótce. I pamiętaj, że chcemy poznać twojego ukochanego! - Rozłączyła się.
- No tak, ukochanego... - zamyśliłam się - jego z całą pewnością nie przywiozę...
Wzięłam telefon do ręki i zaczęłam szukać numeru - K..., L..., M - Michael... Nie, nie mogę do niego zadzwonić, chyba powinnam wykasować ten numer! N - nowy. Miał być ukochany, a nawet w telefonie widnieje jako "nowy" - to musiał być jakiś znak. Wybrałam numer i zadzwoniłam. Z Nowym umówiłam się na wieczór. Już oczyma wyobraźni widziałam jak cieszy się na wyjazd do Francji.

środa, 20 marca 2013

BŁĘDNY KRĄG



Powrót do Anglii nie okazał się być powrotem do przeszłości, przeciwnie - każdy nowy dzień pozwalał mi się od niej odcinać, tak przynajmniej mi się zdawało i tej myśli chciałam się trzymać. Nigdy nie próbowałam palić za sobą mostów, ale za to budowałam mury. W każdym z nich umieszczałam furtkę, czasem nawet kilka, a wrota te otwierały się tylko od zewnątrz. Postanowiłam nie wracać do przeszłości, ale równocześnie pozwoliłam jej dotrzeć do mnie, tak na wszelki wypadek.
Z Michaelem i Grzegorzem nadal łączyły mnie przyjazne stosunki. W końcu byli to ci ważni mężczyźni w moim życiu. Michael dzwonił sporadycznie, by zapytać jak się mam i jak wygląda moje życie. Cieszył się moimi sukcesami i smucił porażkami. Jednak ja nie chciałam z nim się znów zbliżyć. Grzegorz dzwonił i pisywał. Wciąż traktował mnie jak swoją kobietę, równocześnie dając mi ogrom wolności. Nie złościł się kiedy opowiadałam mu o własnych poczynaniach, nie wpadał w furię kiedy słyszał o moich kolejnych przyjacielach  - choć wyczuwałam wielkie napięcie z jego strony telefonu. Czekał. Sprawiał wrażenie człowieka, który pogodził się z rzeczywistością, a jednocześnie tak bardzo mnie kochał, że gotów był pozwolić mi na absolutnie wszystko, na każde szaleństwo, po to tylko bym wróciła jak już się wyszumię. Jestem pewna, że gdybym zdecydowała się mieć dziecko z którymś z moich przyjaciół, zaakceptowałby je i pokochał jak swoje własne. Minęło wiele długich miesięcy zanim zrozumiał, że ja odeszłam, na zawsze, że już nigdy nie wrócę. Upłynęło kilka lat zanim związał się z inną kobietą. Proces odchodzenia od Grzegorza przebiegał bardzo długo. Przez kolejne miesiące walczyłam sama ze sobą o siebie. Gdyby nie splot poszczególnych wydarzeń, pewnie nie zdobyłabym się na odejście i każdego dnia umierałabym u jego boku. Kiedyś myślałam, że moją największą porażką była nieumiejętność utrzymania tej miłości, dziś wiem, że nikt nie jest wystarczająco silny, by toczyć samotny bój o miłość i co więcej - wygrać go. Straciłam parę lat i kilka szans. Na chwilę utraciłam poczucie własnej wartości. Trudno. Dziś dzięki temu wszystkiemu jestem silniejsza.
***
Poznawałam kolejnych mężczyzn, niektórych kurczowo się trzymałam, łudząc się, że skoro mówią coś o miłości, to muszą tak czuć, a i pewnie ja z czasem ich pokocham. Intuicja podpowiadała mi, żeby zabierać nogi za pas i uciekać, zanim stanie się coś niedobrego. Zwykle jej słuchałam. Zwykle... Spotkałam kogoś. Był cudownym kochankiem i tak pięknie mówił o miłości. Snuł plany na przyszłość, opowiadał o domku ogrodzonym białym płotkiem, o nas, o wspólnych dzieciach... Z czasem zaczęłam w tym obrazku odnajdywać elementy, które mi się podobały i z którymi chciałam się identyfikować za wszelką cenę. To nic, że mój mózg krzyczał aby uważać, bo w tym człowieku jest jakiś niebezpieczny mrok, że nic o nim nie wiem, a on poza opowiadaniem o swoim życiu nie robi nic, abym stała się jego częścią. Brnęłam w ten układ coraz dalej i dalej, zagłuszając głos rozsądku. Co z tego, że był chorobliwie zazdrosny, że ciągle się kłóciliśmy? Przecież nikt nie potrafił tak pięknie się godzić jak on. I bez znaczenia było, że po wszystkim wpędzał mnie w poczucie winy.
***
Upłynął już ponad rok od mojej wielkiej ucieczki. Tęskniłam za starymi przyjaciółmi i któregoś dnia zadzwoniłam do Marii. Umówiłyśmy się, że spędzimy najbliższy weekend w Londynie, zatrzymamy się w jakimś B&B - możliwie najtańszym - pozwiedzamy stolicę, a noc spędzimy w którymś ze słynnych londyńskich klubów. Podstawą powodzenia jest dobry plan - tak zawsze mawiała Kaśka. Miałyśmy więc plan i realizowałyśmy go krok po kroku. Spotkałyśmy się przed dworcem na Liverpool Street i stamtąd pojechałyśmy do hotelu zostawić bagaże i ruszyć na zwiedzanie miasta. Podążyłyśmy śladem milionów turystów: Big Ben, Pałac Westminster, Opactwo Westminsterskie, London Eye, London Bridge... Aż w końcu dotarłyśmy do cieszącego się międzynarodową sławą, tryskającego tysiącem barw Piccadilly Circus. Wyjęłam aparat i zaczęłam uwieczniać słynne świetlne reklamy. Maria pozowała do zdjęć z wielką radością, chichocząc przy tym niczym dziecko. Nagle przestała się śmiać, a w obiektywie zauważyłam, że wpatrując się gdzieś za mnie zupełnie spoważniała. Jej sylwetka wyrażała napięcie i oczekiwanie. Odwróciłam się. Za moimi plecami stał Michael.
- Jesteśmy w jednym z największych miast świata, na jednym z najtłumniej odwiedzanych placów na świecie i trafiamy na ciebie - powiedziałam na powitanie - Miło cię widzieć - dodałam z uśmiechem i uścisnęłam jego dłoń. Byłam zdumiona z jakim spokojem i łatwością przyszło mi to. Żadnego kołaczącego się w piersi serca, żadnego zmieszania, nic poza najzwyklejszą, szczerą radością na widok dawnego przyjaciela. Czyżbym wyleczyła się z niego?
We trójkę poszliśmy na kawę. Michael chciał ze mną porozmawiać, zaproponował więc, że zawiezie mnie nazajutrz do domu. Zgodziłam się.
***
- Co u ciebie? - zagadnął, gdy tylko ruszyliśmy w drogę - masz kogoś?
- Dlaczego pytasz?
- Interesuje mnie, co się z tobą dzieje. Przecież wiesz, że jesteś moją wyjątkową przyjaciółką.  To jak, masz kogoś? - dopytywał, a ja tylko nieznacznie się uśmiechnęłam. Nie był to żaden z radosnych uśmiechów, raczej ten z serii tęsknych i smutnych. Michael tylko popatrzył na mnie, chwycił moją dłoń, pogładził palce i rzekł - Mam nadzieję, że jest dla ciebie dobry.
Zapanowała pełna wyczekiwania cisza. On czekał na długą opowieść, a ja na wyjaśnienie przyczyny tej podróży i zadawanych pytań.
- Kochasz go? - zaczął - Odpowiedz, proszę.
- Nie wiem. On twierdzi, że kocha mnie, czy to nie wystarczy na dobry początek? - odparłam - A ja, no cóż, chciałabym, czasem jednak myślę, że nie umiałabym pokochać nikogo poza... - Urwałam, a gdzieś tam w głębi poczułam ogromny ból, zupełnie jakby ktoś rozrywał moje serce na strzępy. - Poza tym nie chcę komplikować nikomu życia. Wystarczy, że moje jest zagmatwane - dodałam refleksyjnie i odwróciłam się w stronę okna.
Dalsza droga upłynęła nam pośród nic nie znaczących rozmów o pogodzie - to takie angielskie, a nam wyjątkowo dobrze i zabawnie wychodziło pokazywanie, jak łatwo jest przesiąknąć całą tą angielskością. Michael był prawdziwym mistrzem w naśladowaniu Brytyjczyków. Czasem miałam wrażenie, że rozmawiam z członkiem Rodziny Królewskiej, nie z Jamajczykiem, który zamieszkał na Wyspach Brytyjskich zaledwie przed dwudziestu laty.
- Zaprosisz mnie na kawę? - zapytał wnosząc mój bagaż po schodach.
***
Drżącymi rękoma podałam Michaelowi kubek z gorącym napojem, a on powąchawszy, odstawił go na stół.
- Dziękuję, pyszna!
- Nawet jej nie spróbowałeś.
- Nie. Nie muszę próbować, wiem. Podejdź do mnie - zażądał, a ja posłusznie zbliżyłam się do niego. Gotowa byłam zrobić wszystko, o co by mnie poprosił. Jednym ramieniem objął mnie w pasie, przyciągając jeszcze bliżej, a wolną dłonią odgarnął opadające mi na twarz włosy. Kciukiem przejechał po moich wargach, a ja czułam jak nogi uginają sie pode mną, a ziemia ucieka spod stóp. Chwycił mnie mocno aby pocałować najczulej i najnamiętniej jak tylko mogłabym marzyć. Osunęliśmy się na kolana i całowali tak zapamiętale, jak gdyby od tego zależało nasze życie.
Świt zastał nas na kuchennej podłodze. Wzięliśmy razem prysznic i zjedliśmy śniadanie. On ruszył w drogę powrotną do Londynu, a ja zaczęłam szykować się do pracy.
Czy to nigdy się nie skończy?
Czy zawsze już będziemy do siebie wracać?
Czy, jeśli rzeczywiście każdy z nas ma gdzieś swoją drugą połowę, to i my zostaliśmy stworzeni dla siebie, a tylko przez splot okoliczności nie dane nam było trafić na siebie w odpowiednim czasie?
Te i dziesiątki podobnych myśli kłębiły mi się w głowie, a ja pijąc gorącą kawę i paląc kolejnego papierosa wpatrywałam się w przestrzeń za oknem. Do Michaela czułam coś wyjątkowego i niezwykle silnego, lecz w tym przypadku niestety rozsądek musiał wziąć górę nad uczuciami. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości: Dziękuję i przepraszam. Wiem, że nie powinienem był tego robić, ale to było silniejsze ode mnie. xxx
Zarzuciłam płaszcz na plecy i poszłam do pracy, tam nie miałam czasu na rozmyślania.

czwartek, 14 marca 2013

DOM?


Z lotniska odebrał mnie nasz wspólny przyjaciel - Grzegorza i mój - chwycił mnie w ramiona i zakręcił młynka.

- Irka, wyglądasz oszałamiająco! - zawołał - Grzesiek będzie musiał mieć się na baczności, bo mu ktoś gotów wykraść ten klejnot.
- Stary wariat jesteś i żarty sobie ze mnie robisz - rzuciłam, ale muszę przyznać, że mile połaskotał mą kobiecą próżność tym wyznaniem.

W domu czekał na mnie bukiet przepięknych róż, kosz z olejkami aromatycznymi, butelka wina i list:


Irko! 

Tak bardzo się cieszę, że już jesteś! Nie mogłem się doczekać Twojego powrotu, niestety świat czasem nie sprzyja młodym kochankom. 

W łazience czekają na Ciebie świece, weź aromatyczną kąpiel, napij się wina i zrelaksuj. 

Będę o 21:00 i zrewanżuję się. 

Kocham Cię! 

Grzegorz


Nie wiedzieć czemu, ale nie zdziwiłam się bardzo. Pomyślałam tylko, że są na świecie ludzie, którzy nigdy się nie zmieniają.

***

Tak jak przypuszczaliśmy, rozłąka bardzo dobrze nam zrobiła. Podczas moich wojaży straciłam dwadzieścia kilo, przestałam się garbić, moja skóra odzyskała blask, a ja pewność siebie. Kolejne miesiące upływały nam na zerkaniu sobie w oczy i wzdychaniu. Nużyło mnie to jednak. To nie w Grzegorza oczy chciałam spoglądać, nie jego usta czuć na moich, nie z nim sypiać i nie jego trzymać za rękę na spacerach.
Przez cztery miesiące patrzyłam na niego z ogromną sympatią i szacunkiem, ale bez miłości, na którą niewątpliwie zasługiwał. Aż przy niedzielnym obiedzie, pomiędzy drugim daniem i deserem, zakomunikowałam, że odchodzę.

Myślę iż Grzegorz od dawna był na to przygotowany, łudził się tylko, że moment ten nie nadejdzie i że pomimo wszystko zdecyduję się być z nim, bo przecież nie było aż tak źle... Nie odpowiedział jednak nic. Popatrzył na mnie i dokończył obiad.

- Jutro rano mnie już tu nie będzie. Spakuję się szybko i zniknę.
- Nie! - powiedział chłodnym, lecz spokojnym głosem - Zostaniesz tutaj tak długo, jak długo będziesz potrzebowała. Naprawdę cię kocham i nie pozwolę abyś błąkała się po jakichś znajomych zupełnie bez sensu i celu. To twój dom i opuścisz go, kiedy będziesz miała dokąd iść.

Byłam mu niezmiernie wdzięczna za te słowa. Dał mi czas na znalezienie pracy i mieszkania. Pokazał, że jednak byłam dla niego kimś specjalnym.

***

W Polsce nie chciałam zostać, zbyt wiele reminiscencji wiązało mnie z tym krajem. Zbyt wiele złych wspomnień. Postanowiłam więc wrócić do Anglii. Nie tylko dlatego, że Michael tam był, ale dlatego, że dobrze mi się tam żyło. Tym razem wybrałam jednak zupełnie inne hrabstwo. Nie przypominało ono w niczym urokliwego Essex z jego przyjaznymi ludźmi. Było zimne, wielokulturowe, a jednak szare i nieprzyjazne, no i na domiar złego ciągle padał deszcz. Nie przeszkadzało mi to tak bardzo, bo wiedziałam, że to tylko kolejny przystanek w mojej wędrówce.

Po przyjeździe poinformowałam o tym Michaela, sama nie wiem dlaczego - może uważałam, że powinien o tym wiedzieć, może dlatego, iż chciałam go jeszcze spotkać... Tymczasem prowadziliśmy rozmowy telefoniczne. W trakcie którejś z nich zapytał:

- Dlaczego wtedy wyjechałaś?
- Naprawdę się nie domyślasz? - zagadnęłam - Przez ciebie. Musiałam.
- Nie rozumiem dlaczego musiałaś - dopytywał.
- Bo umierałam bez ciebie. Rozumiesz to? Ja się w tobie śmiertelnie zakochałam i musiałam uciec od tej miłości, żeby przez nią nie umrzeć.

wtorek, 12 marca 2013

UCIECZKA PIERWSZA


Grzegorz pisywał do mnie ckliwe listy, dzwonił też częściej niż dotychczas, stał się troskliwy, kochający i nade wszystko zainteresowany. Przestał wyszydzać moją pracę, a nawet zaczął doceniać pewne jej aspekty, przyznając iż tylko wyjątkowi ludzie do niej się nadają. Zaczął interesować się moimi przyjaciółmi, co nie oznacza wcale iż darzył ich sympatią. Ciekawiło go gdzie bywałam, o czym myślałam i jakie snułam plany. Przy każdej nadarzającej się sposobności powtarzał jak bardzo nie mógł doczekać się mojego powrotu. Wszystkie lata z nim spędzone nauczyły mnie zachować dystans do tych deklaracji, cieszyć się nimi, lecz nie traktować jako coś, co będzie obowiązywać za pół roku. O Grzegorzu myślałam ciepło i czasem nawet tęskniłam. Wierzyłam, że jak wrócę, zaczniemy wszystko od nowa i że będzie już tylko dobrze. Nawet jeśli nie doskonale, to owo dobrze brzmiało wręcz wyśmienicie, przynajmniej w świetle wszystkich tych okropnych długich miesięcy, które przypadły nam w udziale.
***
Michael wrócił do mojego życia. Nie widywaliśmy się już tak często. Wpadał do mnie raz, może dwa razy w miesiącu i sprawiał wrażenie czymś przygnębionego. Nie chciał przyznać się, co go tak gryzło, a ja - przez szacunek do niego i jego decyzji - nie dopytywałam. Chciałam wierzyć, że chwile, które wspólnie spędzaliśmy, sprawiały iż choć przez moment był szczęśliwy. Może nie tak jak ja, bo dla mnie świat przestawał istnieć i liczył się tylko on - nader interesujący mężczyzna. Pomimo tych spotkań, czułam że usychałam z tęsknoty. Bywały takie dni, kiedy nie potrafiłam się na niczym skupić i tylko uporczywie wpatrywałam się w telefon, tak jakbym tym patrzeniem zdołała sprawić by wreszcie zadzwonił. Sama do Michaela nie dzwoniłam, nie chciałam bowiem wpędzić go w żadne kłopoty - mógł przecież być w towarzystwie żony lub po prostu ciężko pracować. Kiedy dzwonił, moje serce zaczynało bić szybko, niczym łopoczący skrzydłami ptak zrywający się do lotu. 
Co chwile wracały do mnie słowa Marii - Ty go kochasz... I ten jej spokojny, ale jednocześnie smutny uśmiech. Wreszcie dotarło do mnie, że ona miała rację, że to co czuję do Michaela to nie zauroczenie, żadna fascynacja czy pasja. Że to miłość. Miłość, która nigdy nie mogłaby się spełnić. Miłość, która z czasem zaczęłaby przynosić więcej bólu niż radości. Podjęłam wtedy decyzję, bolesną, ale jedyną możliwą. Wyjeżdżam. Kupiłam bilet do Polski, zrezygnowałam z pracy i dopiero wówczas powiadomiłam o wszystkim Michaela. Zrobiłam tak, aby nie było już odwrotu. Dwa dni przed wylotem Michael przyjechał do mnie, by się pożegnać.
- Wpadłem tylko na chwilę - powiedział stając w drzwiach. Zaprosiłam go do środka, choć obawiałam się tego. Wiedziałam, że on mógłby powstrzymać mnie od zamierzonego działania. - Chciałbym abyś nigdy o mnie nie zapomniała - stwierdził smutnym głosem, wyciągając w moją stronę niewielkie, czerwone pudełko. - Otwórz proszę.
W środku znajdowały się niezwykłej urody szmaragdowe kolczyki.
- Jak tu cię nie kochać - pomyślałam i przytuliłam się do niego najmocniej, jak potrafiłam.
- Dziękuję, są piękne! Naprawdę nie musiałeś... Nie ma takiej siły, która sprawiłaby bym o tobie kiedykolwiek zapomniała. - podziękowałam z największym uśmiechem na ustach, na jaki było mnie wówczas stać.
Rozstaliśmy się spokojnie. W smutku i z wieloma niewypowiedzianymi słowami, które można było wyczytać w naszych oczach, ale bez łez.

niedziela, 10 marca 2013

JA


Najbardziej zdziwił mnie spokój, który zawitał w mojej głowie. Wbrew temu, co mi się zdawało, nie rwałam włosów, nie wyłam do księżyca ani nie popadłam w żaden nałóg, w każdym razie w żaden nowy nałóg. Praca stała się moim drugim domem, czasem szłam do jakiegoś pubu, czasem nawet umawiałam się na randki, głównie bardzo niewinne, choć zdarzało mi się zatonąć w czyichś ramionach w poszukiwaniu wytchnienia, zapomnienia i nowych wrażeń. O Michaelu starałam się nie myśleć, choć nigdy nie mogłabym o nim zapomnieć. Zbyt dużo chwil spędziliśmy razem, do zbyt wielu miejsc zawitaliśmy. Przypominały mi go zasuszone kwiaty, pocztówka z Antyli, naszyjnik przywieziony z Jamajki, włoska kawiarenka, obok której często przechodziłam, a która była świadkiem naszych wspólnych chwil. Nie mogłabym o nim zapomnieć, bo za każdym razem gdy spoglądałam w lustro, widziałam siebie taką jaką on mnie widział i taką jaką nauczył mnie widzieć siebie - silną, niezależną, inteligentną i atrakcyjną kobietę. Los lubi płatać figle, ale bywa też bardzo szczodry jeśli zdecyduje się sprawić komuś przyjemność.
Moje stosunki z Grzegorzem uległy ociepleniu. Do dziś nie wiem, czy dlatego, że wreszcie mnie odwiedził i spędziliśmy cały tydzień tylko ze sobą, co nie miało miejsca od bardzo dawna, a może dlatego, że byłam o wiele silniejsza niż pół roku wcześniej i potrafiłam stawić czoła każdej krytyce z jego strony. Tyle, że Grzegorz przestał mnie krytykować. Przeciwnie, patrzył na mnie z uwielbieniem, tym samym które wyzierało z jego oczu całe lata temu.
- Musiałam spotkać tych wszystkich mężczyzn i wziąć od nich coś, w zamian oddając kawałeczki siebie, abyś wreszcie mnie zapragnął - myślałam, ale nigdy mu tego nie powiedziałam. Uważałam, że zadałabym mu zupełnie niepotrzebny cios czyniąc takie  wyznanie. Sama też nigdy nie zapytałam czy kogoś miał. Nie chciałam wiedzieć, bo po co?
Kaśka coraz częściej przebąkiwała coś o ślubie, a ja nie wiedziałam czy odwodzić ją od tego pomysłu, czy wspierać. Ostatecznie postanowiłam być dla niej podporą, bo niby dlaczego nie? Skoro ona i Vincent kochają się i świata poza sobą nie widzą niech się pobierają i płodzą dzieci. Przecież może im się udać.
Nie minęło dużo czasu, choć dla mnie była to wieczność, aż Michael wreszcie zadzwonił. Wcześniej wysyłał maile. Maria nigdy nie zagłębiała się w szczegóły moich przygód, ani związków. Akceptowała mnie z wszystkimi moimi wyborami. Tego dnia po raz pierwszy wypowiedziała się na temat Michaela.
- Ty go kochasz.
- Nie bądź niepoważna - odparłam, na co Maria tylko się uśmiechnęła.

MICHAEL


Michael przyjechał do mnie we czwartek. Czwartek od tego momentu stał się dla mnie Dniem Świętym, a ten należy święcić. W każdy czwartkowy wieczór rozlegał się dzwonek do drzwi, stawał w nich ON, chwytał mnie za rękę i zabierał do sypialni. To właśnie wtedy zaczęliśmy uprawiać miłość, a nie zwyczajnie sypiać ze sobą czy pieprzyć się. Te wykradane wieczory pełne były namiętności. Michael zabierał mnie w takie rejony, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Mając go w ramionach, w sobie, śmiałam się i płakałam, a on scałowywał łzy z moich policzków. Był mi kochankiem i przyjacielem. Nauczył mnie siebie i pokazał jak potężną broń posiadam.

Któregoś ranka zbudziło mnie pukanie do drzwi.

- Irka, masz gościa. - Zza drzwi dobiegł głos Marii. Zarzuciłam na siebie szlafrok i rozespana zeszłam na dół. Natychmiast poczułam zapach parzonej kawy i świeżych bułeczek. Dziwne, przecież urodziny miałam już dawno. W kuchni czekał na mnie Michael, a ja po raz pierwszy pomyślałam z zazdrością, jak wielką szczęściarą jest jego żona.
- Dzień dobry! - powiedział z uśmiechem -mam nadzieję, że nie masz mi za złe tej wczesnej pobudki.

Jakże mogłabym mieć mu cokolwiek za złe? Jemu pozwoliłabym nie tylko budzić mnie bladym świtem, ale i nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie pozwalał mi spać w ogóle.

- Przywiozłem ci śniadanie. Jak zjemy, to wykradam cię na cały dzień. - Zakomunikował głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ale ja muszę do pracy - zaprotestowałam, a on tylko stwierdził, że mogę zadzwonić i powiedzieć, że jestem chora.

Niewątpliwie Michael ma dar przekonywania, bowiem dwadzieścia minut później wsiadłam do jego samochodu i odjechaliśmy w stronę Colchester. Anglia o tej porze roku jest wyjątkowo piękna. Jadąc wiejskimi dróżkami podziwiałam niekończące się zielone łąki, maleńkie domki, do złudzenia przypominające te, w których mieszkają skrzaty, drzewa na których pękają pąki liści... I nawet słońce przyjemnie grzało. Zatrzymaliśmy się w jakimś niewielkim miasteczku. Michael pokazał mi sklepiki z antykami, gdzie długo przeglądaliśmy starocie, zabrał na spacer nad rzekę, a na koniec na wyśmienity lunch w miejscowej knajpce. Nie był to jedyny taki niespodziewany wyjazd. Mike lubił sprawiać mi niespodzianki, a ja uwielbiałam kiedy to robił.
Nie przeczuwałam nic niedobrego, kiedy wpadł do mnie któregoś wieczora, później niż zwykle, i zabrał do pobliskiego pubu. Pub ten, tak jak większość, mieścił się w czternastowiecznym budynku. Jego właściciele dołożyli wszelkich starań aby zachować oryginalne cechy architektoniczne. Wnętrze wyposażono w utrzymane w średniowiecznym stylu meble ustawione na kamiennej podłodze. Oświetlono je delikatnie i nastrojowo. Z głośników dobiegały dźwięki jazzu w najlepszym wykonaniu, była to muzyka zupełnie inna od tej, która wypełniała ściany innych pubów.

- Serwują tu wyśmienite owoce morza - powiedział Michael, gdy zajęliśmy miejsce przy jednym z narożnych stolików, a kelnerka zapaliła na nim świeczkę i podała nam menu - Miałabyś ochotę skosztować?

Nigdy wcześniej nie jadłam nic, poza rybami, co zostałoby wyłowione z wody, ale skoro on twierdził, że są pyszne, nie mogło być inaczej. Zaproponowałam aby wybrał coś dla mnie. Zamówił małże świętego Jakuba w sosie pomidorowym. Nie wyglądały zachęcająco, ale smakowały wybornie.

Długo tak siedzieliśmy w milczeniu rozkoszując się własnym towarzystwem, średniowieczną atmosferą i doskonałą muzyką. W końcu Michael wziął w dłonie moje ręce, spojrzał mi w oczy i z niekłamanym smutkiem wyszeptał:
- Przez jakiś czas nie będę mógł się z tobą widywać, a już na pewno nie tak często jak dotychczas.
- Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku - odparłam zaniepokojona, a nic innego nie przychodziło mi do głowy. Miałam w niej zupełną pustkę i tylko słyszałam słowa Michaela, powtarzające się jak echo. Tak bardzo nie chciałam aby to było pożegnanie.
- Wszystko będzie w porządku - Uśmiechnął się nieznacznie i zamilkł. Chyba zamilkł, bo tak naprawdę to ja nie chciałam już nic więcej słyszeć. W całkowitym milczeniu jechaliśmy do domu, a tam kochaliśmy się także w zupełnej ciszy. Pierwszy raz Michael uronił łzę. Był smutny.
- Idź już. - powiedziałam odwróciwszy się na bok i zacisnąwszy mocno powieki.
- Spij moja piękna. - Odparł - Zadzwonię.

*****


Mieszkanie było zupełnie puste. W powietrzu nie unosiły się żadne zapachy, co oznaczać tylko mogło, że Kaśka wyszła już dość dawno i lada chwila może wrócić, a ja zupełnie nie wiedziałam, jak mogłabym wytłumaczyć się z całonocnej nieobecności. Wstawiłam do piekarnika jakąś mrożonkę, a sama wskoczyłam pod prysznic. Postanowiłam nie myśleć o niczym innym, tylko o przyszłości. W ten czy inny sposób będę szczęśliwa, taki mam plan na przyszłość - pomyślałam. Kiedy miałam już zasiąść do obiadu, w domu rozległ się szczęk przekręcanego w zamku klucza. To musiała być Kaśka, a ja nie zdążyłam wymyślić żadnej historyjki. Przyjdzie mi improwizować, lub powiedzieć prawdę. Życie byłoby zdecydowanie łatwiejsze, gdybym nie musiała kłamać, ale Kaśki świat ległby w gruzach, a tego nie mogłabym jej zrobić.

- Cześć Ireno! - przyjaciółka w świetnym humorze wpadła do kuchni i natychmiast nałożyła sobie resztkę przygotowanego jedzenia. I to Ireno... Skąd jej przyszło do głowy, by tak mnie nazywać? Znamy się całe życie, a jeszcze nigdy nie zwróciła się do mnie w ten sposób.
Siedziała po przeciwnej stronie stołu, z tym dziwacznym uśmiechem na ustach i wpatrywała się we mnie oczekując, aż się odezwę. Twoje niedoczekanie - pomyślałam i zajadałam się zawartością talerza.

- Nie masz zamiaru zapytać mnie gdzie spędziłam noc? - wypaliła nagle, a ja nareszcie mogłam odetchnąć z ulgą.
- Postanowiłam, że dam ci szansę. - Puściłam do niej oko i usadowiłam się wygodnie - No to słucham, co chciałabyś mi powiedzieć?

Kaśka wstała od stołu, zabrała talerze z niedokończonym obiadem, postawiła dwa kieliszki i butelkę wina. Siedziałyśmy tak chwilę w milczeniu popijając tanie wino, kiedy Kaśka wreszcie wyrzuciła z siebie potok słów:
- Wczoraj, jak tylko wyszłaś, zadzwonił Vincent i zaproponował abyśmy się spotkali. Był niedaleko, więc postanowił wyrwać mnie z domu i poszliśmy na spacer. Wjechaliśmy nawet na Wieżę Eiffla i było tak romantycznie. Rozumiesz, prawda? Później razem zjedliśmy kolację, gdzieś na Saint-Germain. - serce zabiło mi mocniej, Kaśka spędziła noc w tej samej okolicy, co my, przecież mogła nas gdzieś zobaczyć - Rozmawialiśmy do późna. Kiedy chciałam wracać, nie mogłam złapać żadnej taksówki... - Kaśka strasznie kręciła, ech ona nigdy nie nauczy się kłamać.

- Poszłaś z nim do łóżka! - postanowiłam ułatwić jej wyznanie - Nareszcie! Myślałam, że zachowasz dziewictwo do dnia ślubu i zaczęłam się poważnie martwić - zażartowałam.
- Naprawdę uważasz, że nie ma w tym nic złego? - zapytała, a w jej głosie słychać było wyraźną ulgę. - My się bardzo kochamy.
- Kaśka, ja się naprawdę bardzo cieszę waszym szczęściem, a w szczęściu dwojga nie ma nic niewłaściwego - odparłam.
- Irka, jest jeszcze coś - wzięła solidny łyk wina - postanowiliśmy zamieszkać razem. Wiesz, mieszkanie jest opłacone do końca miesiąca... W lutym przeprowadzę się do Vincenta, a tobie znajdziemy jakąś współlokatorkę, obiecuję, już moja w tym głowa. Zobaczysz, nie odczujesz nawet zmiany.
- Kaśka, to się nawet świetnie składa - przerwałam jej, zanim zdążyła zaplanować moich kilka następnych lat - postanowiłam wyjechać z Francji.
- Ale jak to? Kiedy? Dlaczego? Wracasz do Grzegorza? - gotowa była zadać jeszcze sto innych pytań, a ja wcale nie miałam ochoty na nie odpowiadać.
- Wiesz, dużo o tym myślałam i zgodzisz się ze mną, że starałam się zaaklimatyzować tutaj, ale nie mogę. Nie znam zbyt dobrze francuskiego, a nauka średnio mi idzie. Nie lubię Francuzów, są tak okropnie głośni i mają problemy z higieną, niektórzy nawet cuchną! Źle mi tu i już. Zostanę z tobą do końca miesiąca, a tym sposobem nie będzie problemu z mieszkaniem. Do Grzegorza jeszcze nie wracam. Miał być rok rozłąki i tak będzie. Dostałam pracę, zarobię jakieś pieniądze, zobaczę ile zostanie mi z oszczędności i wtedy zdecyduję co dalej.
Dopiłyśmy wino, Kaśka jeszcze długo opowiadała mi, jak cudowny jest Vincent, a ja zaczynałam snuć plany.

***

Przez cały kolejny miesiąc szykowałam się do wyprawy i tym razem naprawdę w nieznane. Na uczelni nie pokazywałam się już wcale, za to pracowałam od rana do późnego wieczora. Dzięki temu nie rozmyślałam nad minionym czasem.

- Czołem Grześku! - zawołałam do telefonu - To jak, postanowiłeś znaleźć chwilę, by odwiedzić ukochaną?
- Irka, w tym miesiącu  nie dam rady, ale może w lutym. Wiesz, zabrałbym cię na urodzinową kolację, gdzieś na szczycie wieżyczki - zakpił, choć chyba chciał być romantyczny. Co z tego, skoro mu nie wyszło. Jak zwykle...
- Nie kłopocz się. Postanowiłam opuścić Francję - rzuciłam.
- Wracasz do domu? Jak dobrze. Naprawdę się cieszę, ogromnie tęskniłem. - Trochę zdziwiła mnie ta deklaracja, ale zdecydowanie bardziej zaskoczyły mnie ulga i szczerość płynące z głosu Grzegorza.
- Oj nie, kochany. Francja wprawdzie nie zachwyciła mnie sobą, ale jest za to tyle innych miejsc, w których mam zamiar się znaleźć.
- To dokąd tym razem się wybierasz? - w słuchawce zabrzmiał poirytowany głos Grzegorza.
- Jeszcze nie wiem, ale jak tam dotrę, to z pewnością wyślę ci kartkę. Wiesz,  żebyś wiedział gdzie mnie szukać, na wypadek gdybyś jednak kiedyś zechciał wpaść z wizytą. - zaśmiałam się - A teraz wybacz mój miły, ale muszę pędzić. Ciao!

Włączyłam komputer, kolejny raz sprawdziłam stan konta - był zadowalający - przyjrzałam się liście propozycji pracy, które dostałam w ostatnich dniach. W wyszukiwarkę wpisywałam kolejno adresy i czytałam na temat miejsc, w których czekała na mnie praca i może jakaś kolejna przygoda. Jedno z tych miejsc szczególnie przypadło mi do gustu. Niewielkie miasteczko uniwersyteckie położone w malowniczym, choć nie najtańszym zakątku - no, ale po Paryżu wszystko wydaje się mieć przystępną cenę - za to klimat tam panujący określany jest jako łagodny, ludność przyjacielska, no i miasto ze świetnym węzłem komunikacyjnym. Tak, to będzie mój nowy dom. Wybrałam numer telefonu znajdujący się na zaproszeniu do pracy i jakąś rozradowaną kobietę poinformowałam, że na miejscu będę już za dwa tygodnie. Umówiłyśmy się na przekazanie szczegółów drogą mailową, a ja zaczęłam szukać połączeń lotniczych.

***

Od przeprowadzki do Chelmsford minęło kilka tygodni. Nowe miejsce, praca i nowi ludzie wokół mnie sprawili, że przestałam oglądać się za siebie i zaczęłam żyć pełnią życia. Razem z dwojgiem młodych ludzi, studentów z jakiegoś kraju o dziwnie brzmiącej nazwie, wynajmowaliśmy niewielki dom. Błogosławiłam dzień, w którym ich spotkałam, bo okazali się być nie tylko rozrywkowi, ale i bardzo inteligentni, a z czasem nawiązała się między nami silna więź.
Chyba trochę się zagubiłam. Wiele z moich wyjść do klubu nocnego owocowało jeśli nie kolejnym kochankiem, to z pewnością kandydatem na niego. Strasznie lubiłam sposób w jaki ci młodzi mężczyźni na mnie patrzyli, jak do mnie mówili, jak próbowali wkupić się w łaski. Wybierałam tych, którzy wytrwale ale z klasą dążyli do celu i nie dawali się zaspokoić samymi obietnicami. Jednak po jakimś czasie przestałam lubić siebie samą. W lustrze widziałam niebrzydką kobietę z totalną pustką w oczach. Zaczynałam tęsknić za Grzegorzem. Za tą jego przewidywalnością i uczuciową stałością. Ciągle jeszcze nie potrafiłam, nawet sama przed sobą, przyznać co do niego czułam. Z całą pewnością sympatię, ale czy go wciąż kochałam? Wzięłam telefon do ręki, by do niego zadzwonić, nie odpowiadał. Na klawiaturze wystukałam tylko jestem w Anglii i wysłałam wiadomość do Michaela. Chwilę potem zadźwięczał dzwonek.

POCZĄTEK? KONIEC? MICHAEL


Paryż okazał się miejscem tak pięknym i przyjaznym, jak i drogim. Z Kaśką wynajęłyśmy niewielkie mieszkanko na poddaszu. Niewątpliwie miało ono swój urok - widok na maleńkie, ciasne paryskie uliczki. I to by było na tyle. Każdego dnia przylatywały do naszego okna gołębie, gruchały słodko, niestety też i obsrywały parapet, co słodkie wcale nie było. W mansardzie panował przenikliwy chłód i to za jego sprawą unikałyśmy spędzania zimowych wieczorów w domu. 
Kilka kroków od kamienicy, w której mieszkałyśmy, znajdowała się niewielka, przytulna kafejka o dźwięcznej nazwie "Solférino" - zupełnie jak ta maleńka wioska na południu Francji. Tutaj w kominku zawsze płonął ogień, serwowana kawa była zawsze aromatyczna, wino wyborne, a sery równie pyszne jak cuchnące. Kawiarniany gwar nigdy nie cichnął, w końcu gdy Francuzi mówią, robią to głośno i wkładają w swoje przemowy wszelkie możliwe emocje. 
Tamtego wieczoru wszystko wyglądało tak jak zawsze - Francuzi do siebie pokrzykiwali, a my z Kaśką, usadowione przy stoliczku w rogu, zajadałyśmy się serem, popijałyśmy wino i obserwowałyśmy otaczające nas towarzystwo. 
Dobiegała północ, kiedy do baru weszło kilku mężczyzn. Na pierwszy rzut oka widać było, że są oni tutaj tak samo obcy jak my. Szukali wolnego stolika i kiedy przechodzili obok naszego, jeden z nich przystanął, popatrzył mi w oczy i uśmiechnął się przyjaźnie, a po chwili zawołany przez kompanów oddalił się.

 - Kaśka, chodźmy stąd - wydukałam z siebie konspiracyjnym szeptem - widziałaś jak ten facet się na mnie gapił? Wyobrażasz sobie? Tak stał przez kilka minut i bezczelnie się we mnie wpatrywał. 
- Irka, nie wydurniaj się - zaśmiała się Kaśka - jakie kilka minut? Może spojrzał na ciebie, ale to by było na tyle, żadnego gapienia nie zauważyłam. - Odparła i zamówiła kolejne dwa kieliszki wina. 

Sączyłyśmy Chateau Bel Air, gdy jeden z grupki cudzoziemców podszedł do nas i po angielsku zapytał czy nie mogliby się dosiąść. Kaśka, pomimo sygnałów, które jej wysyłałam, ochoczo się zgodziła i tym oto sposobem poznałam JEGO. 

- Mam na imię Michael - powiedział wyciągnąwszy dłoń do uścisku. 
Oniemiała wpatrywałam się w tego pięknego mężczyznę, w jego brązowe oczy, w kształtne usta, w wyciągniętą dłoń i znów w oczy. Poczułam nagle mocne szturchnięcie i z osłupienia wyrwał mnie głos Kaśki: - Miło cię poznać. Mam na imię Kate, a to moja przyjaciółka Irka. Jest zdrowo szurnięta - dodała. 

Uścisnęłam jego dłoń, uśmiechnęłam się i zaproponowałam, by usiadł. Resztę wieczoru spędziliśmy prowadząc dyskusję o wyższości Francji and Anglią i na odwrót. Tak naprawdę to Kaśka, jako frankofilka, wychwalała pod niebiosy historię, kulturę i sztukę francuską. Ja tylko przysłuchiwałam się rozmowie i popijałam wino. Po jakimś czasie alkohol i zmęczenie dały o sobie znać, wstałam więc od stolika i zaczęłam się żegnać z wszystkimi. 

- Odprowadzę cię do domu - Michael natychmiast poderwał się z krzesła i zaproponował mi swoje ramię. - Prawdziwy dżentelmen - pomyślałam uśmiechając się do siebie 
- Dziękuję, ale mieszkam tuż za rogiem. Było mi szalenie miło cię poznać. Mam nadzieję, że dalsze dni we Francji będą dla ciebie owocne - odpowiedziałam, uścisnęłam jego dłoń na pożegnanie i ruszyłam w stronę drzwi. 
- Pozwól chociaż, że odprowadzę cię do drzwi - zaproponował, a ja skinęłam głową. 

Pytająco popatrzyłam na Kaśkę, ale ta dała mi znać, że jeszcze trochę zostanie w towarzystwie Anglików. Uśmiechnęłam się tylko do niej i ruszyłam do wyjścia. Przy samych drzwiach Micheal poprosił mnie o numer telefonu. Pomyślałam sobie, że właściwie mogę mu go dać, bo przecież i tak nie zadzwoni, ale jakaś część mnie miała nadzieję, że jednak zrobi użytek z nabazgranej na kartce informacji. 
Spojrzał na kawałek papieru, uśmiechnął się i wyszeptał: - Zadzwonię.

Droga na moje poddasze dłużyła mi się jak nigdy dotąd. Bardzo chciałam już zasnąć i aby ze snu zbudził mnie telefon od niego. 

 *** 

Od samego świtu moje myśli krążyły wokół wydarzeń minionego wieczoru. Kiedy tylko przymykałam powieki, przed oczyma rysował mi się obraz Michaela, a pamięć przywoływała jego wesoły, mruczący głos. Od dawna nikt nie zaprzątnął sobą moich myśli jak on. Postanowiłam ogarnąć się nieco, wypić poranną kawę i biec na uczelnię. Nastawiłam ekspres na kawę, a sama szybko zbiegłam na dół by kupić świeże croissanty na śniadanie. Kiedy wróciłam, ujrzałam Kaśkę rozstawiającą talerzyki i filiżanki na stole. 

- Świetnie - odetchnęłam z ulgą - jesteś w domu! Sama? - wyszeptałam nie chcąc budzić żadnego tajemniczego gościa. 
- Oj daj spokój, jasne, że jestem sama - żachnęła się -Ale dziwi mnie, że ty nie masz towarzystwa. 
- O czym mówisz? Z kafejki poszłam prosto do domu. Wino strasznie mnie zmogło i uwierz mi, nie miałam chęci ani siły na zawieranie nowych znajomości. Poza tym, sama wiesz, Francuzi mnie nie kręcą. 
- Ale ten Jamajczyk chyba ci się spodobał? - zaczepnie zapytała i nie czekając na odpowiedź dodała - Oczu nie mógł od ciebie oderwać! Ja bym go siłą do łóżka zaciągnęła, jeśli trzeba by było i w żadnym razie z niego nie wypuściła. 

Tak, Kaśka miała rację, Michael jest zabójczo przystojny. Nie umiem powiedzieć w jakim jest wieku - równie dobrze może mieć czterdzieści jak i pięćdziesiąt lat - z całą pewnością delikatne zmarszczki dodają mu uroku, podczas gdy zawadiacki uśmiech i szelmowski błysk w oku tych lat ujmują. Jeśli o mężczyźnie można powiedzieć, że jest piękny i męski zarazem, to z cała pewnością określenie to pasuje do Michaela. 
A ja? Sama nie wiem jaka jestem. Grzegorz dał mi odczuć, że stałam się mało apetyczna, zdecydowanie zbyt gruba i niezbyt interesująca dla innych mężczyzn. 
Właśnie, Grzegorz, przecież on ciągle jest moim facetem, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. 

Dokończyłyśmy śniadanie i pognałyśmy na zajęcia. Dzień upłynął mi pod znakiem wertowania ksiąg w uniwersyteckiej bibliotece.

Francuski nie jest moją silna stroną i sama nie wiem, jak udało mi się dostać to stypendium, czasem myślę, że Kaśka maczała w tym swoje palce. Jeśli tak, to kocham ją za to, bo inaczej nigdy nie wyrwałabym się z impasu, w którym znajdowałam się przez ostatnie lata. Może rok rozłąki pomoże Grzegorzowi i mnie spojrzeć na nas z dystansu, przemyśleć kilka spraw, a później poskładać wszystko w harmonijną całość - snułam swoje plany. 
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości: "Dziękuję ci za miły wieczór i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. M." Uśmiechnęłam się sama do siebie, spakowałam torbę i ruszyłam do domu. Gdy tak szłam podziwiając paryską architekturę i rozmyślając o życiu, miałam pierwsze spotkanie twarzą w twarz, a raczej ciałem w rower, z szalonym rowerzystą, który zupełnie niespodziewanie wyjechał zza rogu i walnął we mnie tak mocno, iż upadłam, a przewracając się uderzyłam o kosz na śmieci. Drań jeden szybko odjechał i tylko pomachał do mnie przepraszająco. Z trudem wstałam z chodnika i z łzami w oczach poczłapałam do domu. Złość ze mnie aż kipiała, a obolałe plecy nie dawały zapomnieć o polsko-francuskiej konfrontacji. Nie pomogła w tym nawet kąpiel z rozmaitymi olejkami. Owinięta w ciepły koc z lampką wina w jednej ręce i papierosem w drugiej, usiadłam na parapecie i poczułam się taka samotna. 

Pierwszy raz od wielu lat dotarło do mnie, że w życiu zaprzepaściłam tyle szans, że mężczyzna, którego kocham ale nie rozumiem jest gdzieś daleko i pewnie świetnie się bawi w otoczeniu znajomych, że gdyby nie Kaśka, byłabym najbardziej samotną osobą na świecie. Łzy popłynęły mi po policzkach i w żaden sposób nie mogłam przestać płakać, nawet gdy zadzwonił telefon. 

- Wszystko w porządku? - usłyszałam znajomy głos - nie odpowiedziałaś na moją wiadomość, martwiłem się - dodał już spokojniejszy. 
- Nie, nic nie jest w porządku - załkałam do telefonu - nienawidzę tego kraju, mało brakowało, a jakiś idiota by mnie zabił, wszystko mnie boli i jest mi tak bardzo zimno i źle. 
- Gdzie jesteś? - zapytał - Niedługo do ciebie przyjadę - dodał gdy podałam mu adres, a ja zgramoliłam się z parapetu i opadłam na sofę. 

Dwie lampki wina i pięć papierosów później rozległo się pukanie do drzwi. Stał w nich Michael trzymając w ręce kolejną butelkę wina, bagietkę i zawiniątko z serami. Złapał moją dłoń i pociągnął za sobą wgłąb mieszkania. 

- Siadaj, odpręż się i porozmawiamy - zaordynował, a sam udał się do kuchni w poszukiwaniu noża, deski do krojenia, korkociągu i kieliszka dla siebie. 

*** 

Od ostatniego łzawego wieczoru, podczas którego otworzyłam się przed zupełnie obcym mężczyzną, minęło zaledwie kilka dni, a ja miałam wrażenie, że upłynęła cała wieczność. Michael od czasu do czasu wysyłał mi wiadomości, ja na nie odpowiadałam w sposób dość lakoniczny, bo niby co miałabym mu pisać? Że nie lubię Francji, że chyba wrócę do Polski ale najpierw odwiedzę go w Anglii, że jest mi źle z samą sobą bo czuję się nieciekawa i zupełnie nieatrakcyjna? 
Z całą pewnością uznałby, że jestem desperatką i już nigdy nie dał znaku życia. A może tak byłoby lepiej, przecież za miesiąc kończy mu się kontrakt i wraca do Londynu. Dobrze, że mam Kaśkę i rozkoszną kafejkę za rogiem. 

Wieczorne wypady weszły nam w nawyk. Kaśka poznała tam Vincenta - jego matka jest Polką, która w bardzo wczesnym dzieciństwie zamieszkała wraz z rodzicami gdzieś w Prowansji, ale chciałaby wrócić do Polski - chłopaka o którym nie może przestać marzyć, a co gorsze, paplać bez przerwy, a ja zaczęłam szlifować język przy czynnym udziale miejscowej ludności. 

Był wtorkowy wieczór, dlatego zdziwiłam się na widok Kaśki przymierzającej nowe ciuchy. 

- Idziemy do „Solférino”? - zapytałam zaskoczona jej nagłym złamaniem rutyny. 
- Iruś, kochana, nie dzisiaj - odparła przepraszającym głosem - dziś Vincent zabiera mnie na romantyczną kolację. Rozumiesz? - wypowiadając te słowa była tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd. 
- Jasne! Wreszcie cię zaprosił na randkę, a już myślałam, że jest gejem - zażartowałam, choć tak naprawdę miałam wątpliwości co do orientacji faceta, bo Kaśka to niezwykle piękna kobieta, nie to co ja... - Bawcie się dobrze i bądź grzeczna. Właściwie to lepiej bądź bardzo niegrzeczna! - śmiejąc się rzuciłam do niej i zniknęłam w swoim pokoju. 

Spojrzałam na telefon leżący na łóżku, wzięłam go do ręki i wystukałam wiadomość "Nudzę się". Z listy adresatów wybrałam Michael, zamknęłam oczy i wcisnęłam "wyślij". Nie minęła nawet minuta, gdy dostałam wiadomość zwrotną: "Będę o ósmej"

- Przepraszam za spóźnienie, ale dopiero co udało mi się wyjść z pracy - powiedział i przesłał mi jeden z tych zawadiackich uśmiechów. A ja oderwać nie mogłam od niego wzroku, tak fantastycznie prezentował się w granatowym garniturze, białej koszuli i krawacie w różowo fioletowe prążki, które tylko podkreślały piękny odcień jego skóry. 
- Wejdź proszę - uśmiechnęłam się do niego i otworzyłam szerzej drzwi - czuj... - nie udało mi się powiedzieć nic więcej, gdyż w tym właśnie momencie Michael złożył delikatny pocałunek na moich ustach. 
- Tęskniłem - wyszeptał. 
Poszliśmy do kuchni po przygotowaną wcześniej kolację i zjedliśmy ją w milczeniu, wpatrując się w siebie. 
- Chciałbym cię pocałować - powiedział trzymając moją twarz w dłoniach i patrząc mi głęboko w oczy. 
- Wiem, też tego chcę - odparłam i już miałam obsypać go pocałunkami, gdy nagle odsunął się nieznacznie i rzekł: 
- Usiądźmy, muszę ci o czymś powiedzieć. Z kieliszkami napełnionymi wyśmienitym Bergerie de L'Hortus siedliśmy na sofie. Pomimo iż delikatny uśmiech nie schodził z twarzy Michaela, stałam się bardzo niespokojna i wyczekiwałam najgorszej z możliwych informacji, coś na kształt "jestem ciężko chory i umieram " lub "urodziłem się kobietą". Spojrzał na mnie, spoważniał i zaczął: 
- Jeśli po wysłuchaniu tego, co mam ci do zakomunikowania stwierdzisz, że nie chcesz mieć ze mną do czynienia, że mam się stąd natychmiast wynosić i nigdy więcej nie zawracać ci głowy, powiedz mi to, a zrozumiem i odejdę bezzwłocznie - nabrał powietrza w płuca, a ja od razu pomyślałam sobie, że jest płatnym mordercą albo dealerem narkotyków. Po chwili znów zaczął przemawiać - Nie mogę niczego ci obiecać. Nie mogę zaoferować ci przyszłości. Nie wiem nawet, czy jutro będę mógł do ciebie zadzwonić. Mam żonę i to się raczej nie zmieni. Spojrzał na mnie badawczo i już był gotów wstać, pożegnać się i odejść, gdy odetchnęłam z ulgą, uśmiechnęłam się i powiedziałam: 
- Nie masz powodu by stąd wychodzić. Ja też mam kogoś, kto na mnie czeka, a ja mam zamiar do niego wrócić. Nie musisz też obawiać się o swoje małżeństwo, bo jeśli jest coś, co mogę ci zagwarantować, to to, iż nigdy nie zrobię nic, co wpędziłoby cię w kłopoty. 
Padliśmy sobie w ramiona i całując namiętnie zdzieraliśmy z siebie ubrania. Kochaliśmy się tak, jakby świat miał się skończyć nazajutrz. 

 *** 

Kolejne dni w stolicy Francji upływały w szaleńczym tempie. Czas dzieliłam między uczelnię, zwiedzanie miasta oraz spotkania z paryską inteligencją, która stała się częścią naszego życia wraz z nastaniem ery Vincenta w życiu Kaśki. W gęstym dymie Gitanesów, upojeni winem, snuliśmy dyskusje na temat świata i człowieczeństwa, szykowaliśmy plan na nową rewolucję, w efekcie której na Ziemi pozostałby tylko określony typ ludzi, a co miałoby być ratunkiem dla ludzkości. Ot, normalne życie młodzieży pełnej ideałów. Były też wieczory, kiedy ukradkiem wymykałam się z domu, by spędzać upojne chwile w ramionach Michaela. 
Cieszyłam się jak dziecko na każde z tych spotkań, zdając sobie sprawę z ich ulotności. W takiej atmosferze minęły Święta i Nowy Rok, a Grzegorz, mimo wielokrotnych obietnic i zapewnień, nie przyjechał by mnie odwiedzić i spędzić ten czas ze mną. Jakoś niespecjalnie mnie to zaskoczyło, choć sprawiło przykrość. Znowu praca i brak funduszy okazały się być przyczyną mojego nieszczęścia. 
Minione dni i wszystko, co się stało, dodawały mi sił i sprawiały, że przetrwałam te trudne momenty. 
Zima nieco odpuściła, nie ma się co dziwić, bowiem styczeń dobiegał końca, a wraz z nim skończyć się miała najpiękniejsza przygoda mojego życia. Smutek ogarniał mnie na samą myśl o tym, ale przecież nie mogłam się spodziewać innego zakończenia. Postanowiłam poszukać jakiejś pracy, aby zatkać dziurę, mającą powstać w miejscu, które dotąd wypełniał sobą Michael. 

*** 

- Irka, na bal do Wersalu cię zaprosili? Wyglądasz olśniewająco! - wykrzyknęła Kaśka. 
Sama nie wiem czy na widok szmaragdowej sukni, czy też może mnie w nią odzianej. Nie miało to dla mnie znaczenia, bo zamierzony efekt osiągnęłam, chciałam wyglądać choć przez chwilę jak gwiazda kina i chyba mi się to udało. 
- No mów mi tu natychmiast dokąd się wybierasz i kto jest tym szczęśliwcem! - zażądała. 
- Oj Kaśka, Kaśka... - uśmiechnęłam się i po chwili dodałam - Ładna sukienka, prawda? Kupiłam ją już dawno, wiesz w jednej z tych chwil słabości, które dopadają mnie od czasu do czasu i postanowiłąm ją dziś założyć do opery. W Operze Narodowej wystawiają Carmen i zdecydowałam się wreszcie na własne uszy przekonać na czym polega geniusz Bizeta. I idę zupełnie sama, niestety - skłamałam, bo nie chciałam w żaden sposób burzyć świata mojej praworządnej przyjaciółki. 
- Szkoda, że Grzegorz nie przyjeżdża - powiedziała zmartwiona - mógłby pokazać światu jak piękną ma kobietę i jak wielkim jest szczęściarzem. 
- No - odparłam krótko, spojrzałam na zegarek i wyłgałam się od dalszej rozmowy pośpiechem. 

 *** 

 Z bijącym sercem wsiadłam do czekającej przed domem taksówki i poprosiłam kierowcę, by zabrał mnie do L'Hotel, 13 Rue des Beaux Arts. 

- Tak, znam ten hotel. To chyba najbardziej romantyczne miejsce w Paryżu, a z cała pewnością jedno z nich - zauważył - Musi mu na pani bardzo zależeć - dodał po chwili i zamilkł na dalszą część podróży, a ja wpatrywałam się w okno, podziwiając paryską architekturę. 

Rue des Beaux Arts to jedna z uliczek wypełnionych po same krańce galeriami sztuki, a pośród nich L'Hotel, klejnot w całej swej okazałości. To takie miejsce, do którego Johny Deep mógłby wskoczyć na drinka i pozostać pewnym, że nie dopadnie go tłum szalonych wielbicielek. Hotel ten łączy w sobie delikatną, wysublimowaną nowoczesność z minioną, dekadencką epoką. 

- Jakaś ty piękna! - Michael niemal krzyknął na mój widok, złapał mnie za rękę, okręcił kilka razy i złożywszy pocałunek na mojej dłoni mocno przytulił do siebie - Naprawdę piękna - wyszeptał patrząc mi głęboko w oczy, a moja twarz pokryła się rumieńcem i serce zaczęło szybciej bić. - Spójrz, wszyscy się tobie przyglądają - dodał z uznaniem, a mi się zdawało iż jest dumny z siebie, w końcu to najprawdziwszy mężczyzna. 
- Oj, to ty sprawiasz, że nikt nie może przejść koło nas obojętnie. Nie często widuje się mężczyzn o tak posągowej urodzie - obdarzyłam go komplementem, a jego zadowolenie zdradziły lekko drżące kąciki ust i błysk w oku. 
- Chodźmy na drinka, moja malachitowa damo! - Trzymając mnie za rękę wprowadził do niewielkiego, spowitego w przytłumionym świetle pomieszczenia. 

Byliśmy tam zupełnie sami, nie licząc barmana. Podłogę pokrywał gruby, cętkowany dywan, ściany ozdobione były obrazami i fantazyjnie udrapowanymi kotarami, a na jednej ze ścian umieszczone były półki z książkami w staroświeckich oprawach. Przy barze stały cztery obite ciemnozielonym pluszem ni to pufy, ni to stołki barowe. Dalej znajdowało się kilka ciemnozielonych pluszowych puf i kanap, a my usiedliśmy na jednej z nich. 

- Czego się napijesz, moja piękna? - zapytał trzymając mą dłoń przy ustach tak, by każde z wypowiadanych przez niego słów było jednocześnie pocałunkiem złożonym na moich palcach. 
- Ty wiesz, co lubię najbardziej - odparłam onieśmielona otaczającym mnie przepychem. A poza tym nie chciałam narażać go na kosmiczne wydatki. Niech sam zadecyduje ile warte były dla niego minione tygodnie.

Przeprosił mnie na chwilę, podszedł do barmana i złożył zamówienie. W drodze powrotnej do stolika coś go zatrzymało, posłał mi przepraszający uśmiech i wyszedł z baru zostawiając mnie samą. Słyszałam jego głos i śmiech dobiegające zza ściany. Kotary poruszyły się i wyłonił się zza nich mój kochanek z naręczem herbacianych róż. 
- Po jednej za każdy dzień - rzekł i wręczył mi ten piękny bukiet. 
W tym samym czasie barman przyniósł butelkę wina. Michael zapytał, czy to wino mi odpowiada, a ja na widok Chateau Haut Brion, rocznik 2003 zupełnie oniemiałam i tylko skinęłam głową. Co miałam powiedzieć mężczyźnie, który obsypuje mnie kwiatami i upaja winem, kosztującym w sklepie przynajmniej trzysta euro, a w hotelowym barze z całą pewnością kilka razy więcej. Poczułam się naprawdę wyjątkowo. Byłam już pewna, że dla niego nasz wspólny czas był równie ważny, jak dla mnie. Barman nalał nam odrobinę wina w kieliszki i oddalił się, a my nie mówiąc nic, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Świat poza nami przestał istnieć. Liczyły się tylko kolejne chwile, jedne z ostatnich, jakie nam zostały. 
Czasem słowa są zupełnie zbędne i to właśnie był taki moment. Mogłabym tak siedzieć całymi godzinami, wpatrywać się w jego twarz, gładzić policzki i dotykać ust. Tak wiele emocji chciało ze mnie wyskoczyć, ale nie znałam słów, które mogłyby je nazwać, więc wszystkie te uczucia musiały zostać uwięzione gdzieś na dnie duszy. 
Kiedy opróżniliśmy kieliszki, Michael zaproponował abyśmy przenieśli się do restauracji, ponieważ wieść niesie, iż podają tam najlepiej przyrządzone w mieście mięso daniela. Nigdy wcześniej nie miałam okazji by skosztować tego dania i jakoś tak dziwnie zdawało mi się, że sposobności takiej szukać nie będę. Poszliśmy więc. 
Restauracja, w odróżnieniu od baru, była jasna, ale równie przytulna, a to za sprawą miękkich kanap i foteli. Kolację zjedliśmy prowadząc nieistotne rozmowy. Ani razu nie wspomnieliśmy o nieubłaganie zbliżającym się końcu. Chateau Haut Brion komponowało się znakomicie z zamówionym mięsiwem. 

- Chcesz już stąd iść? - zapytał i wcale nie czekał na odpowiedź, chwycił mnie w ramiona, złożył pocałunek na moim czole i poprowadził wprost do windy, którą wjechaliśmy na czwarte piętro. 

***

- Pragnę cię - wyszeptał mi do ucha przygryzając je delikatnie, kiedy pokojowe drzwi zamknęły się za nami - pocałuj mnie -poprosił. 
- Zmuś mnie - rzuciłam od niechcenia, a tak naprawdę chciałam aby pokazał mi swą samczą naturę. 
- Niebezpiecznie pogrywasz - zamruczał, a jego oczy zapłonęły niczym pochodnie - jesteś pewna, że tego chcesz? 
Nie odpowiedziałam, zmrużyłam tylko lekko oczy, podniosłam brew i nieznacznie uniosłam kąciki ust w prowokacyjnym uśmiechu. Wszystko stało się zupełnie oczywiste. Chwycił mnie za włosy i trzymając je mocno, odchylił mą głowę do tyłu i zaczął namiętnie całować przygryzając moje wargi. Jego język wdarł się w moje usta, a dłonie chwyciły za piersi osnute zielonym jedwabiem. Drżałam podekscytowana i cała obolała z podniecenia wyczekiwałam kolejnych pieszczot. Dłoń Michaela powędrowała niżej, podciągnął moją suknię, rozchylił koronkowe majtki i dotknął delikatnie, a moim ciałem zatrzęsło nieopisane podniecenie. 
- Jesteś taka mokra - wymruczał - uwielbiam cię taką. 

Bardzo chciałam go dotknąć lecz nie pozwolił mi na to. Zdjął krawat i związał nim moje ręce, odwrócił tyłem do siebie i pchnął na łóżko. Rozsunął mi nogi i wszedł we mnie głęboko, a jego męskość wypełniła mnie całą. Kochaliśmy się bardzo długo. Raz namiętnie i dziko, a za chwilę delikatnie. Zaczęło już świtać, kiedy zmęczona wtuliłam się w jego ramiona i całując doskonale wyrzeźbiony tors, wyrzuciłam z siebie: 
- Będę tęsknić. 
Chwycił moją twarz i uniósł lekko do góry, tak abym go widziała i powiedział: 
- Jedź ze mną... 
- Śpij już, długi dzień przed tobą - odparłam ze smutnym uśmiechem na ustach i szybko zacisnęłam powieki, aby nie uronić ani jednej łzy spośród tych, które właśnie zaczęły napływać do moich oczu. 

*** 

Wyszłam kiedy jeszcze spał, nie chciałam się żegnać i nie sądzę, iż potrafiłabym powstrzymać się od łez. Na pogniecioną suknię, ciągle jeszcze pachnącą Michaelem, narzuciłam wełniany płaszcz, złożyłam pocałunek na jego ustach i wymknęłam się z pokoju. 
Wybiegłam z hotelu i pospiesznym krokiem udałam się przed siebie. Nogi zabrały mnie nad Sekwanę, usiadłam na jednej z ławeczek i rozpłakałam się. Wiatr targał moje włosy, tak jakby chciał mi pokazać, że mogę wyglądać i czuć się gorzej, śnieg sypał, a chłód sprawiał, że łzy zaczynały zamarzać. Chciało mi się wyć. 

- Co ci tak dogryzło, dziewczyno? - usłyszałam zachrypnięty głos, podniosłam głowę i zobaczyłam starca odzianego w nędzne łachmany. No tak, jeszcze jakiegoś kloszarda mi trzeba - pomyślałam, a na głos powiedziałam tylko - życie... 
Nieznajomy wyciągnął w moją stronę rękę, w której trzymał paczkę papierosów. Spojrzałam na niego niepewnie i spuściłam głowę. 
- No zapal sobie - podsunął mi paczkę pod sam nos. Wyjęłam z niej papierosa, podał mi zapalniczkę, przysiadł obok i też zapalił. Siedzieliśmy tak w milczeniu. Kiedy mój papieros zupełnie się wypalił, nieznajomy odezwał się 
- Idź już do domu, weź prysznic, uśmiechnij się i bądź szczęśliwa, wbrew wszystkiemu. 

Wstałam, spojrzałam na niego, a on tylko machnął na mnie ręką. Ruszyłam w poszukiwaniu taksówki. Już nie płakałam i nawet zaczęłam nieśmiało uśmiechać się gdzieś tam, w głębi duszy. Piękne róże, które trzymałam w ręku przynosiły mi wspomnienia minionego wieczoru.