Grzegorz pisywał do mnie ckliwe listy, dzwonił też częściej niż
dotychczas, stał się troskliwy, kochający i nade wszystko zainteresowany.
Przestał wyszydzać moją pracę, a nawet zaczął doceniać pewne jej aspekty,
przyznając iż tylko wyjątkowi ludzie do niej się nadają. Zaczął interesować się
moimi przyjaciółmi, co nie oznacza wcale iż darzył ich sympatią. Ciekawiło go
gdzie bywałam, o czym myślałam i jakie snułam plany. Przy każdej nadarzającej
się sposobności powtarzał jak bardzo nie mógł doczekać się mojego powrotu.
Wszystkie lata z nim spędzone nauczyły mnie zachować dystans do tych deklaracji,
cieszyć się nimi, lecz nie traktować jako coś, co będzie obowiązywać za pół
roku. O Grzegorzu myślałam ciepło i czasem nawet tęskniłam. Wierzyłam, że jak
wrócę, zaczniemy wszystko od nowa i że będzie już tylko dobrze. Nawet jeśli nie
doskonale, to owo dobrze brzmiało wręcz wyśmienicie, przynajmniej w świetle
wszystkich tych okropnych długich miesięcy, które przypadły nam w
udziale.
***
Michael wrócił do mojego życia. Nie widywaliśmy się już tak często.
Wpadał do mnie raz, może dwa razy w miesiącu i sprawiał wrażenie czymś
przygnębionego. Nie chciał przyznać się, co go tak gryzło, a ja - przez
szacunek do niego i jego decyzji - nie dopytywałam. Chciałam wierzyć, że
chwile, które wspólnie spędzaliśmy, sprawiały iż choć przez moment był
szczęśliwy. Może nie tak jak ja, bo dla mnie świat przestawał istnieć i liczył
się tylko on - nader interesujący mężczyzna. Pomimo tych spotkań, czułam że
usychałam z tęsknoty. Bywały takie dni, kiedy nie potrafiłam się na niczym
skupić i tylko uporczywie wpatrywałam się w telefon, tak jakbym tym patrzeniem
zdołała sprawić by wreszcie zadzwonił. Sama do Michaela nie dzwoniłam, nie
chciałam bowiem wpędzić go w żadne kłopoty - mógł przecież być w
towarzystwie żony lub po prostu ciężko pracować. Kiedy dzwonił, moje serce
zaczynało bić szybko, niczym łopoczący skrzydłami ptak zrywający się do
lotu.
Co chwile wracały do mnie słowa Marii - Ty go kochasz... I ten jej
spokojny, ale jednocześnie smutny uśmiech. Wreszcie dotarło do mnie, że ona
miała rację, że to co czuję do Michaela to nie zauroczenie, żadna fascynacja
czy pasja. Że to miłość. Miłość, która nigdy nie mogłaby się spełnić. Miłość,
która z czasem zaczęłaby przynosić więcej bólu niż radości. Podjęłam wtedy
decyzję, bolesną, ale jedyną możliwą. Wyjeżdżam. Kupiłam bilet do Polski,
zrezygnowałam z pracy i dopiero wówczas powiadomiłam o wszystkim Michaela.
Zrobiłam tak, aby nie było już odwrotu. Dwa dni przed wylotem Michael
przyjechał do mnie, by się pożegnać.
- Wpadłem tylko na chwilę - powiedział stając w drzwiach. Zaprosiłam go
do środka, choć obawiałam się tego. Wiedziałam, że on mógłby powstrzymać mnie
od zamierzonego działania. - Chciałbym abyś nigdy o mnie nie zapomniała -
stwierdził smutnym głosem, wyciągając w moją stronę niewielkie, czerwone
pudełko. - Otwórz proszę.
W środku znajdowały się niezwykłej urody szmaragdowe kolczyki.
- Jak tu cię nie kochać - pomyślałam i przytuliłam się do niego
najmocniej, jak potrafiłam.
- Dziękuję, są piękne! Naprawdę nie musiałeś... Nie ma takiej siły,
która sprawiłaby bym o tobie kiedykolwiek zapomniała. - podziękowałam z
największym uśmiechem na ustach, na jaki było mnie wówczas stać.
Rozstaliśmy się spokojnie. W smutku i z wieloma niewypowiedzianymi
słowami, które można było wyczytać w naszych oczach, ale bez łez.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz