niedziela, 10 marca 2013

MICHAEL


Michael przyjechał do mnie we czwartek. Czwartek od tego momentu stał się dla mnie Dniem Świętym, a ten należy święcić. W każdy czwartkowy wieczór rozlegał się dzwonek do drzwi, stawał w nich ON, chwytał mnie za rękę i zabierał do sypialni. To właśnie wtedy zaczęliśmy uprawiać miłość, a nie zwyczajnie sypiać ze sobą czy pieprzyć się. Te wykradane wieczory pełne były namiętności. Michael zabierał mnie w takie rejony, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Mając go w ramionach, w sobie, śmiałam się i płakałam, a on scałowywał łzy z moich policzków. Był mi kochankiem i przyjacielem. Nauczył mnie siebie i pokazał jak potężną broń posiadam.

Któregoś ranka zbudziło mnie pukanie do drzwi.

- Irka, masz gościa. - Zza drzwi dobiegł głos Marii. Zarzuciłam na siebie szlafrok i rozespana zeszłam na dół. Natychmiast poczułam zapach parzonej kawy i świeżych bułeczek. Dziwne, przecież urodziny miałam już dawno. W kuchni czekał na mnie Michael, a ja po raz pierwszy pomyślałam z zazdrością, jak wielką szczęściarą jest jego żona.
- Dzień dobry! - powiedział z uśmiechem -mam nadzieję, że nie masz mi za złe tej wczesnej pobudki.

Jakże mogłabym mieć mu cokolwiek za złe? Jemu pozwoliłabym nie tylko budzić mnie bladym świtem, ale i nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie pozwalał mi spać w ogóle.

- Przywiozłem ci śniadanie. Jak zjemy, to wykradam cię na cały dzień. - Zakomunikował głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ale ja muszę do pracy - zaprotestowałam, a on tylko stwierdził, że mogę zadzwonić i powiedzieć, że jestem chora.

Niewątpliwie Michael ma dar przekonywania, bowiem dwadzieścia minut później wsiadłam do jego samochodu i odjechaliśmy w stronę Colchester. Anglia o tej porze roku jest wyjątkowo piękna. Jadąc wiejskimi dróżkami podziwiałam niekończące się zielone łąki, maleńkie domki, do złudzenia przypominające te, w których mieszkają skrzaty, drzewa na których pękają pąki liści... I nawet słońce przyjemnie grzało. Zatrzymaliśmy się w jakimś niewielkim miasteczku. Michael pokazał mi sklepiki z antykami, gdzie długo przeglądaliśmy starocie, zabrał na spacer nad rzekę, a na koniec na wyśmienity lunch w miejscowej knajpce. Nie był to jedyny taki niespodziewany wyjazd. Mike lubił sprawiać mi niespodzianki, a ja uwielbiałam kiedy to robił.
Nie przeczuwałam nic niedobrego, kiedy wpadł do mnie któregoś wieczora, później niż zwykle, i zabrał do pobliskiego pubu. Pub ten, tak jak większość, mieścił się w czternastowiecznym budynku. Jego właściciele dołożyli wszelkich starań aby zachować oryginalne cechy architektoniczne. Wnętrze wyposażono w utrzymane w średniowiecznym stylu meble ustawione na kamiennej podłodze. Oświetlono je delikatnie i nastrojowo. Z głośników dobiegały dźwięki jazzu w najlepszym wykonaniu, była to muzyka zupełnie inna od tej, która wypełniała ściany innych pubów.

- Serwują tu wyśmienite owoce morza - powiedział Michael, gdy zajęliśmy miejsce przy jednym z narożnych stolików, a kelnerka zapaliła na nim świeczkę i podała nam menu - Miałabyś ochotę skosztować?

Nigdy wcześniej nie jadłam nic, poza rybami, co zostałoby wyłowione z wody, ale skoro on twierdził, że są pyszne, nie mogło być inaczej. Zaproponowałam aby wybrał coś dla mnie. Zamówił małże świętego Jakuba w sosie pomidorowym. Nie wyglądały zachęcająco, ale smakowały wybornie.

Długo tak siedzieliśmy w milczeniu rozkoszując się własnym towarzystwem, średniowieczną atmosferą i doskonałą muzyką. W końcu Michael wziął w dłonie moje ręce, spojrzał mi w oczy i z niekłamanym smutkiem wyszeptał:
- Przez jakiś czas nie będę mógł się z tobą widywać, a już na pewno nie tak często jak dotychczas.
- Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku - odparłam zaniepokojona, a nic innego nie przychodziło mi do głowy. Miałam w niej zupełną pustkę i tylko słyszałam słowa Michaela, powtarzające się jak echo. Tak bardzo nie chciałam aby to było pożegnanie.
- Wszystko będzie w porządku - Uśmiechnął się nieznacznie i zamilkł. Chyba zamilkł, bo tak naprawdę to ja nie chciałam już nic więcej słyszeć. W całkowitym milczeniu jechaliśmy do domu, a tam kochaliśmy się także w zupełnej ciszy. Pierwszy raz Michael uronił łzę. Był smutny.
- Idź już. - powiedziałam odwróciwszy się na bok i zacisnąwszy mocno powieki.
- Spij moja piękna. - Odparł - Zadzwonię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz