Zbudziło mnie gruchanie dobiegające
zza okna. Złowieszcze Możesz
uciekać, ale się nie ukryjesz... przebiegło
mi przez myśl. Gołębie są chyba wszędzie i po paryskim epizodzie wcale nie mają
zamiaru zostawić mnie w spokoju. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna,
miałam zamiar narobić okropnego hałasu i na śmierć przestraszyć
pierzastego stwora, gdy zobaczyłam błękitną wstążeczkę przy pomocy której ktoś
przytwierdził niewielki rulonik do nóżki ptaka. Zamachałam gwałtownie rękoma,
ale srebrno szary ptak nie zląkł się, przekręcił tylko łepek lekko w
bok i spojrzał na mnie. Mogłabym przysiąc, że spojrzenie to pełne było
politowania. Przez uchylone okno chwyciłam skrzydlatego potwora, a ten bez
protestów pozwolił mi zdjąć przesyłkę.
Dawno nie byłam niczym aż tak
zaskoczona, jak tego ranka. Nie wiem, czy to biedne ptaszysko leciało do mnie z
samego Paryża, czy było wynajęte od tubylczych gołębiarzy, ale wiadomość, którą
mi przyniosło, ścięła mnie z nóg. Na delikatnym pergaminie
przepięknie wykaligrafowano zaproszenie na ślub Kaśki i Vincenta.
Obudziłam się w ułamku
sekundy. Śmiejąc się w głos pobiegłam do telefonu. Zanim do niego dotarłam
zgubiłam ciapcia i bosym palcem z całej siły walnęłam w róg szafki.
- Cholerne feng shui! - syknęłam z
bólu i obiecałam sobie, że natychmiast biorę się za przemeblowanie, bo ma być
po mojemu, skoro i tak miłość i pieniądze mój dom omijają.
- Kaśka? Kaśka! - krzyczałam do
telefonu - Ptaszydło do mnie przyleciało! Tak bardzo się cieszę!
Przez następną godzinę
podekscytowana Kaśka opowiadała mi o tym jak się z Vincentem kochają, że
już się nie mogą doczekać ślubu, że na miesiąc miodowy wylatują na
Barbados, a po powrocie zamieszkają w Warszawie, razem z mamusią, a jakże.
- Irka, czekamy na ciebie tutaj.
Wiesz, tak bym chciała żebyś i ty była równie szczęśliwa - rozmarzona dodała po
chwili - Mam nadzieje, że przywieziesz swojego lubego? - zapytała lecz
nie czekała na odpowiedź - Musze już lecieć kochana. Jestem umówiona z
mamusią Vincenta na śniadanie, a później będziemy wybierać zastawę na przyjęcie
weselne. - Wytrajkotała. - Zadzwonię wkrótce. I pamiętaj, że chcemy poznać
twojego ukochanego! - Rozłączyła się.
- No tak, ukochanego... - zamyśliłam
się - jego z całą pewnością nie przywiozę...
Wzięłam telefon do ręki i zaczęłam
szukać numeru - K..., L..., M - Michael... Nie, nie mogę do niego zadzwonić,
chyba powinnam wykasować ten numer! N - nowy. Miał być ukochany, a nawet w
telefonie widnieje jako "nowy" - to musiał być jakiś znak. Wybrałam
numer i zadzwoniłam. Z Nowym umówiłam się na wieczór. Już oczyma wyobraźni
widziałam jak cieszy się na wyjazd do Francji.