czwartek, 21 marca 2013

GOŁĄB O PORANKU



Zbudziło mnie gruchanie dobiegające zza okna. Złowieszcze Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz...  przebiegło mi przez myśl. Gołębie są chyba wszędzie i po paryskim epizodzie wcale nie mają zamiaru zostawić mnie w spokoju. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna, miałam zamiar narobić okropnego hałasu i na śmierć przestraszyć pierzastego stwora, gdy zobaczyłam błękitną wstążeczkę przy pomocy której ktoś przytwierdził niewielki rulonik do nóżki ptaka. Zamachałam gwałtownie rękoma, ale srebrno szary ptak nie zląkł się, przekręcił tylko łepek lekko w bok i spojrzał na mnie. Mogłabym przysiąc, że spojrzenie to pełne było politowania. Przez uchylone okno chwyciłam skrzydlatego potwora, a ten bez protestów pozwolił mi zdjąć przesyłkę.
Dawno nie byłam niczym aż tak zaskoczona, jak tego ranka. Nie wiem, czy to biedne ptaszysko leciało do mnie z samego Paryża, czy było wynajęte od tubylczych gołębiarzy, ale wiadomość, którą mi przyniosło, ścięła mnie z nóg. Na delikatnym pergaminie przepięknie wykaligrafowano zaproszenie na ślub Kaśki i Vincenta.
Obudziłam się w ułamku sekundy. Śmiejąc się w głos pobiegłam do telefonu. Zanim do niego dotarłam zgubiłam ciapcia i bosym palcem z całej siły walnęłam w róg szafki.
- Cholerne feng shui! - syknęłam z bólu i obiecałam sobie, że natychmiast biorę się za przemeblowanie, bo ma być po mojemu, skoro i tak miłość i pieniądze mój dom omijają.
- Kaśka? Kaśka! - krzyczałam do telefonu - Ptaszydło do mnie przyleciało! Tak bardzo się cieszę!
Przez następną godzinę podekscytowana Kaśka opowiadała mi o tym jak się z Vincentem kochają, że już się nie mogą doczekać ślubu, że na miesiąc miodowy wylatują na Barbados, a po powrocie zamieszkają w Warszawie, razem z mamusią, a jakże.
- Irka, czekamy na ciebie tutaj. Wiesz, tak bym chciała żebyś i ty była równie szczęśliwa - rozmarzona dodała po chwili - Mam nadzieje, że przywieziesz swojego lubego? - zapytała lecz  nie czekała na odpowiedź - Musze już lecieć kochana. Jestem umówiona z mamusią Vincenta na śniadanie, a później będziemy wybierać zastawę na przyjęcie weselne. - Wytrajkotała. - Zadzwonię wkrótce. I pamiętaj, że chcemy poznać twojego ukochanego! - Rozłączyła się.
- No tak, ukochanego... - zamyśliłam się - jego z całą pewnością nie przywiozę...
Wzięłam telefon do ręki i zaczęłam szukać numeru - K..., L..., M - Michael... Nie, nie mogę do niego zadzwonić, chyba powinnam wykasować ten numer! N - nowy. Miał być ukochany, a nawet w telefonie widnieje jako "nowy" - to musiał być jakiś znak. Wybrałam numer i zadzwoniłam. Z Nowym umówiłam się na wieczór. Już oczyma wyobraźni widziałam jak cieszy się na wyjazd do Francji.