Kaśka i Vincent mieli najpiękniejszy
ślub, w jakim zdarzyło mi się brać udział. Wcale nie dlatego, że od ślubów
zdecydowanie bardziej wolę pogrzeby. Było naprawdę pięknie. Motywem przewodnim obrano biel. Wszędzie porozstawiano kryształowe wazony, a w nich setki białych
róż, kalii i magnolii. Maleńką prowansalska kapliczkę, w której obiecywali
sobie dozgonną miłość, przyozdobiono śnieżno białym szyfonem, na którym
srebrzystą nitką wyhaftowano maleńkie kwiatuszki. Oblubieńców w białej karecie
przywiozły cztery białe rumaki. Jak gdyby tego było mało, Kaśka miała suknię
tak cudną, że mogłaby jej pozazdrościć sama Grace Kelly. Podczas pierwszego
pocałunku w niebo wzbiły się setki białych jak śnieg motyli. Było przepięknie,
zupełnie jak ze snów Kaśki. Nie pominięto ani jednego, choćby najmniejszego szczegółu.
Gdyby moja przyjaciółka zażyczyła sobie najprawdziwszych nimf sypiących płatki
kwiatów pod jej stopy, jestem pewna, że nimf tych zastępy
ochoczo spełniłyby jej marzenie. Nigdy wcześniej nie
widziałam jej równie pięknej i szczęśliwej.
Nowy od razu spodobał się
Kaśce. Właściwie nie można się temu dziwić. Dosyć przystojny, choć to
oczywiście rzecz gustu, wygadany i dowcipny. Do tego facet posiadający pasje.
Aż trzy pasje, którymi obok muzyki była piłka nożna i kobiety. Do dziś nie
wiem, co najbardziej go pociągało, ale to nie miało dla mnie nigdy znaczenia
zaś dla Nowego miało wielkie. O swoich dokonaniach mógł opowiadać godzinami i
robił to z wdziękiem, tak, że miło się słuchało tych opowieści. Nawet gdy
powtarzał je drugi czy trzeci raz. Pierwszy raz, odkąd go poznałam, miałam
okazję przyjrzeć się i zobaczyć jaki naprawdę jest. Z każdą minutą dochodziłam
do wniosku, że to mały człowiek z ogromnym ego. Ktoś, komu wydaje się
- nie, nie wydaje się, on jest przekonany - iż bogowie stworzyli go aby
był najdoskonalszym darem dla kobiet. Doszłam do wniosku, że albo bogowie nie
lubią kobiet i stąd taki dar, albo Nowy jest w błędzie. Oczywiście nikt nie
może go o jego mylnym wyobrażeniu na własny temat informować, gdyż skazany
byłby na jałową dyskusję. Tak, Nowy miał określone zdanie na każdy temat, lubił
je wygłaszać i nie cierpiał sprzeciwu. Nie potrafił prowadzić konstruktywnej
dyskusji, mało tego - robił wszystko, aby rozmówca poczuł się jak ostatni
idiota. Nowy mógł wówczas triumfować. Zdałam sobie też sprawę, że jest
paskudnie zazdrosny. Na każdą moją wzmiankę o Vincencie, jego przyjaciołach i
naszych paryskich czasach reagował kąśliwym żartem, a mi posyłał dziwne
spojrzenie. Nie bałam się go jednak, choć może to był mój największy błąd.
Denerwował mnie sposób w jaki się poruszał, jak się nosił i jak palił
papierosa. Powinnam była zostawić go w tej Francji - jako dar dla Francuzek,
oczywiście.
Z jakiegoś powodu nie
zrobiłam tego. Możliwe, że zagłuszyły mnie wszystkie te plany na przyszłość, o
których tak pięknie opowiadał, może dlatego że był dobry w łóżku, a mi się nie
chciało szukać nikogo innego - tak na wszelki wypadek, aby się nie rozczarować.
Na płaszczyźnie intelektualnej
nie łączyło mnie z nim absolutnie nic. Nie chodzi nawet o to, że chciałabym
dyskutować z nim o polityce, filozofii, czy chociażby kulturze współczesnej.
Nie. Ja zwyczajnie chciałam móc zażartować i nie być oskarżaną, że
kpię sobie z jakichś tam wartości i co gorsza z niego. Nowemu
brakowało rzutkości, którą zawsze w mężczyznach ceniłam. Złośliwość,
jeśli nie doprawiona odrobiną inteligencji i poczucia humoru, jest zwykłym
chamstwem i z czasem zaczęłam zauważać, że Nowy serwuje je
na dziesiątki sposobów. Był również mistrzem w innych dziedzinach.
Jak nikt inny potrafił wymóc na mnie określone działania, których nie chciałam, a
które były mu na rękę, sprawić że przez to cierpiałam i jeszcze odczuwałam żal,
że narażony był na jakieś nieprzyjemności. Odchodziłam od niego dziesiątki
razy, ale nieskutecznie. Nowy był nieoceniony w podbijaniu serc niewieścich.
Wiedział dokładnie kiedy powinien zadzwonić, jaką wiadomość przesłać, jak nigdy
nie przepraszając uzyskać przebaczenie. Tego w żaden sposób nie można mu
odmówić.
Kaśka, kiedy tylko
przyleciała w odwiedziny, zachwycała się Nowym - jaki on przystojny, jaki
sympatyczny, jaki szarmancki i jak bardzo we mnie wpatrzony. No i
może już niebawem pozwolę mu się zaobrączkować i powiję małe Nowinki... Gdyby
ona tylko wiedziała, że Nowy wpatruje się we mnie aby kontrolować choćby najmniejszy
ruch oczu, oczywiście śledzący jakiegoś wyimaginowanego samca, by wiedzieć czy
nie robię jakichś min, mających pokazać, że nie ma dla mnie znaczenia co myśli,
mówi i robi, a co gorsza nie szanuję go zupełnie.
Ostatnia wizyta
przyjaciółki, jej wszystkie ochy i achy nad Nowym oraz jego, niewidoczne dla
nikogo poza mną, paranoiczne zachowania do spółki z moją obojętnością stworzyły
ładunek wybuchowy. Najprawdziwszą bombę z lekko opóźnionym zapłonem. Kilka dni
później odwiozłam Kaśkę na lotnisko i po raz pierwszy ucieszyłam się, że już za
chwilę zostanę sama, że zniknie, a wraz z nią całe to słodkie ćwierkanie.
Uściskałam ją mocno i do ucha wyszeptałam - Dziękuję. - Odeszłam i na
pożegnanie, nie odwracając się, pomachałam do niej. Usiadłam za kierownicą auta
i pognałam przed siebie. Miałam wracać do domu, ale zmieniłam zdanie. Spośród
płyt znajdujących się w moim aucie, wybrałam tą z napisem Carmina Burana, włożyłam
ją do odtwarzacza, wcisnęłam play i ruszyłam w dalszą drogę. Dźwięki muzyki
płynące z głośników dawały mi siłę i ukojenie. Sprawiały też iż przestałam na
jakiś czas myśleć, a było to wielkim wytchnieniem od niekończącej się gonitwy
myśli. Liczyła się tylko ta chwila, muzyka i prędkość. Nie wiem jak długo tak
jechałam, nie zastanawiałam się nad tym dokąd zmierzam, gdzie mam zakręcić, a
gdzie zawrócić. Pozwoliłam rządzić instynktowi. Dojechałam pod sam dom, w
którym mieszkałam w Chelmsford. Podeszłam do drzwi i nacisnęłam dzwonek. Nie
wiedziałam dlaczego tak postąpiłam, wydawało mi się to zupełnie oczywiste. Nie
miałam pojęcia, kto mi te drzwi otworzy. Po chwili stanęła w nich Maria. Jej
uśmiech nagle zniknął z twarzy. Kazała wejść do środka i podała mi chusteczkę.
- Masz, wytrzyj oczy, jesteś
cała zapłakana. - Powiedziała stawiając czajnik na gaz, a ja dopiero teraz zdałam
sobie sprawę z tego, że cała drogę płakałam. Wydmuchałam nos i dopiero wtedy
mój bezgłośny płacz zamienił się w krzyk rozpaczy. - Widzę, że herbata nam się
zupełnie dziś nie przyda. - Zdjęła czajnik z gazu i z szafki nad zlewem wyjęła
butelkę Teacher'sa.
Ciągle jeszcze popłakując
opowiedziałam Marii o wszystkim. O tym jak bardzo pokochałam Michaela i jak
bardzo mi go brak, o tym jak oszukuję najbliższą mi przyjaciółkę, bo wydaje mi
się, że robię to dla jej dobra, o tym jak życie przelatuje mi przez palce, a ja
chciałabym żeby wydarzyło się w nim coś wyjątkowego i wartościowego, ale póki
co robię same idiotyczne rzeczy. Opowiedziałam jej o Nowym, co do niego czuję,
a czego nie... Była to jedyna taka rozmowa w moim życiu. Maria nie mówiła dużo,
nie ponaglała mnie, podawała tylko chusteczki i dolewała whiskey do szklanki.
Po kilku godzinach tej ni to rozmowy, ni to monologu poczułam wielką ulgę.
Położyłam się na kanapie i zasnęłam. Zbudził mnie
zapach świeżo parzonej kawy z cynamonem i ciepłych tostów z masłem
orzechowym.
Cały weekend spędziłam z
Marią na rozmowach o życiu, na zakupach i kucharzeniu. Teachers'a zastąpiłyśmy
czerwonym winem i cieszyłyśmy się babskim towarzystwem.
- Wiesz co musisz zrobić. -
Powiedziała Maria na pożegnanie i dodała - Tutaj zawsze masz swój dom. -
Pomachała ręką na pożegnanie.
Do domu dotarłam niedzielnym
popołudniem. Na telefonie nagranych było mnóstwo wiadomości i wszystkie od
Nowego. No tak, zniknęłam mu z oczu w czwartek... Nie słuchałam jednak, co miał
do powiedzenia. Po usłyszeniu jego głosu dobiegającego z sekretarki,
wiadomość natychmiast kasowałam. Wzięłam prysznic i zawinięta w szlafrok
usiadłam z lampką wina przed telewizorem. Wtem rozległo się pukanie do drzwi,
otworzyłam je, a w progu stanął Nowy. Nie rozpoznałam wyrazu jego twarzy. Była
tam i wściekłość i ulga zarazem.
- Mogę wejść? - Zapytał. A
ja pomyślałam sobie, że nie jest to najlepszy moment, ale kiedy będzie ten
właściwy? Otwarłam drzwi szerzej i milcząc wykonałam zapraszający gest.
Nowy wszedł do pokoju,
położył kluczyki od auta na stole i nie czekając na zaproszenie usiadł na
kanapie. Wzrok utkwił w lampce wina.
- Napijesz się? - zapytałam
i zwróciłam się w kierunku kuchni. Po chwili oboje siedzieliśmy w zupełnej
ciszy sącząc wino. Nowy zdecydowanie nie był człowiekiem, w którego obecności
cisza nie przeszkadza. Ta, która zapanowała między nami bezgłośnie krzyczała i
boleśnie wdzierała się w każdy zakamarek ciała.
- Długo cię nie było. - Nowy
przerwał milczenie. - Dzwoniłem kilka razy bo martwiłem się się o ciebie.
- Martwiłeś się? A ja myślę,
że chciałeś mnie kontrolować. - Odparłam i tym sposobem wywołałam wilka z lasu.
Rozpętała się kłótnia. Jedna
z wielu, ale miałam nadzieję, że już ostatnia. Twarz Nowego przybrała taki
wyraz, jakiego dotychczas nie widziałam. Nowy nie przestawał mówić, a im więcej
wypowiedział, tym bardziej wolałam aby przestał już gadać.
- Zamilknij wreszcie i
wyjdź! - zażądałam. - Wszystko, co mówisz obnaża tylko jaki jesteś! A ja nie
wiem, szalony czy głupi. - Rozwścieczyłam tym Nowego. Chlusnął mi
winem w twarz, rzucił mnie na kanapę i całym ciężarem przyparł do niej. Przez
myśl przewinęły mi się dziesiątki obrazów będące sekwencją możliwych wydarzeń
mających teraz nastąpić. Resztkę energii poświęciłam na zebranie wszystkich
emocji i chłodno acz stanowczo wysyczałam - Wyjdź stąd.
Zadziałało. Nowy podniósł
się, spojrzał pogardliwie na mnie i ruszył w stronę drzwi.
- Klucze! Zapomniałeś
kluczy. - krzyknęłam do niego, chwyciłam
kluczyki i rzuciłam w jego stronę.
Wściekł się. Rozjuszony ruszył w moim kierunku i spoliczkował mnie.
Podniosłam głowę, wierzchem
dłoni otarłam krew płynącą z rozciętej wargi i zdałam sobie sprawę, że mnie
zaskoczył, że nie spodziewałam się, a chyba powinnam. W tym samym momencie przestałam
czuć do niego cokolwiek. Nie było we mnie miejsca na nawet odrobinę sympatii
ani nienawiści. Nic, pustka, przestał dla mnie istnieć.
- Wiesz gdzie są drzwi -
powiedziałam zupełnie spokojnym, pozbawionym emocji głosem. Chłód tych
słów był niemal namacalny.
***
Nowy to przeszłość. - wystukałam na klawiaturze
telefonu i wysłałam wiadomość do Kaśki. Niemal natychmiast rozległ się dźwięk
dzwonka, a ja usłyszałam w słuchawce przepełniony smutkiem głos
przyjaciółki.
- Jaka przeszłość, co ty
mówisz? - pytała z niedowierzaniem - Zostawił cię?
- Wiesz, ja nigdy nie byłam
jego, więc nie mógł mnie zostawić. Tłamsił mnie, wysysał ze mnie energię.
Uderzył mnie... - wyrzuciłam z siebie i chyba miałam nadzieję, że Kaśka nie
usłyszała ostatniego zdania, ale musiałam jej to powiedzieć.
Zapanowała cisza, a po
chwili obie zaczęłyśmy płakać.
- Mam nadzieję, że oddałaś
skurwielowi! - Kaśka wycedziła przez łzy.
- Nie. Nie jest wart nawet
splunięcia. - Odparłam.
Przegadałyśmy kilkadziesiąt
następnych minut, tak jakby nie była to rozmowa telefoniczna, tak jakbyśmy
siedziały obok siebie, zupełnie jak za starych czasów.
***
Obolała i niewyspana
zwlokłam się z łóżka. Było już późno, zbyt późno aby iść do
pracy. Wybrałam numer do biura i z wielkim trudem poinformowałam o
nieobecności. Przy każdym, choćby najmniejszym ruchu ustami, pęknięta warga
dawała o sobie znać. Wstałam, poczłapałam w kierunku lustra, zerknęłam na
własne odbicie, podeszłam do barku i chwyciłam butelkę Jacka Danielsa.
Wyjątkowo kiepski początek dnia - pomyślałam i dzierżąc butelkę w ręce wróciłam
do lustra. Popatrzyłam raz jeszcze. Pęknięta, lekko opuchnięta warga z
niewielkim siniakiem to niska cena za zachowanie godności i odzyskanie wolności
- uśmiechnęłam się sama do siebie. Za ciebie Irka! - Wzniosłam toast do lustra
i pociągnęłam solidny łyk.
***
Kaśka całą tą sytuacją z
Nowym przejęła się dużo bardziej niż ja. Dzwoniła do mnie kilka razy w
tygodniu, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu dnia. Chciała rozmawiać, uważała
bowiem, iż przeżyłam straszną traumę - w końcu zostałam pobita, a i niewiele
brakowało bym była także ofiarą gwałtu - i tylko długie rozmowy, wymiana zamków
we wszystkich drzwiach, zamontowanie krat w oknach, wynajęcie firmy
ochroniarskiej i zakup broni, mogą pomóc mi, aby w tym wszystkim się odnaleźć i
pozbierać do kupy. Wymieniać zamków nie miałam potrzeby ponieważ Nowy nigdy nie
dostąpił zaszczytu posiadania klucza do mojej twierdzy, krat w oknach montować
również nie zamierzałam, bo zwyczajnie nie chciałam zamykać się w klatce, broń
kupiłam wiele lat temu, o czym Kaśka wiedzieć nie musiała, a firma
ochroniarska? - Nowy to zwykły tchórz, więc miałam nadzieję, że byłby to
zupełny zbytek. Rozmowy z Kaśką nie były remedium na rany, które zadał mi Nowy.
Przyniosły jednak zmianę jego przydomka. Nowy zyskał bardziej adekwatne imię -
Ohydna Kupa Gówna.