piątek, 22 marca 2013

JA



Kaśka i Vincent mieli najpiękniejszy ślub, w jakim zdarzyło mi się brać udział. Wcale nie dlatego, że od ślubów zdecydowanie bardziej wolę pogrzeby. Było naprawdę pięknie. Motywem przewodnim obrano biel. Wszędzie porozstawiano kryształowe wazony, a w nich setki białych róż, kalii i magnolii. Maleńką prowansalska kapliczkę, w której obiecywali sobie dozgonną miłość, przyozdobiono śnieżno białym szyfonem, na którym srebrzystą nitką wyhaftowano maleńkie kwiatuszki. Oblubieńców w białej karecie przywiozły cztery białe rumaki. Jak gdyby tego było mało, Kaśka miała suknię tak cudną, że mogłaby jej pozazdrościć sama Grace Kelly. Podczas pierwszego pocałunku w niebo wzbiły się setki białych jak śnieg motyli. Było przepięknie, zupełnie jak ze snów Kaśki. Nie pominięto ani jednego, choćby najmniejszego szczegółu. Gdyby moja przyjaciółka zażyczyła sobie najprawdziwszych nimf sypiących płatki kwiatów pod jej stopy, jestem pewna, że nimf tych zastępy ochoczo spełniłyby jej marzenie. Nigdy wcześniej nie widziałam jej równie pięknej i szczęśliwej.
Nowy od razu spodobał się Kaśce. Właściwie nie można się temu dziwić. Dosyć przystojny, choć to oczywiście rzecz gustu, wygadany i dowcipny. Do tego facet posiadający pasje. Aż trzy pasje, którymi obok muzyki była piłka nożna i kobiety. Do dziś nie wiem, co najbardziej go pociągało, ale to nie miało dla mnie nigdy znaczenia zaś dla Nowego miało wielkie. O swoich dokonaniach mógł opowiadać godzinami i robił to z wdziękiem, tak, że miło się słuchało tych opowieści. Nawet gdy powtarzał je drugi czy trzeci raz. Pierwszy raz, odkąd go poznałam, miałam okazję przyjrzeć się i zobaczyć jaki naprawdę jest. Z każdą minutą dochodziłam do wniosku, że to mały człowiek z ogromnym ego. Ktoś, komu wydaje się - nie, nie wydaje się, on jest przekonany - iż bogowie stworzyli go aby był najdoskonalszym darem dla kobiet. Doszłam do wniosku, że albo bogowie nie lubią kobiet i stąd taki dar, albo Nowy jest w błędzie. Oczywiście nikt nie może go o jego mylnym wyobrażeniu na własny temat informować, gdyż skazany byłby na jałową dyskusję. Tak, Nowy miał określone zdanie na każdy temat, lubił je wygłaszać i nie cierpiał sprzeciwu. Nie potrafił prowadzić konstruktywnej dyskusji, mało tego - robił wszystko, aby rozmówca poczuł się jak ostatni idiota. Nowy mógł wówczas triumfować. Zdałam sobie też sprawę, że jest paskudnie zazdrosny. Na każdą moją wzmiankę o Vincencie, jego przyjaciołach i naszych paryskich czasach reagował kąśliwym żartem, a mi posyłał dziwne spojrzenie. Nie bałam się go jednak, choć może to był mój największy błąd. Denerwował mnie sposób w jaki się poruszał, jak się nosił i jak palił papierosa. Powinnam była zostawić go w tej Francji - jako dar dla Francuzek, oczywiście.
Z jakiegoś powodu nie zrobiłam tego. Możliwe, że zagłuszyły mnie wszystkie te plany na przyszłość, o których tak pięknie opowiadał, może dlatego że był dobry w łóżku, a mi się nie chciało szukać nikogo innego - tak na wszelki wypadek, aby się nie rozczarować.
Na płaszczyźnie intelektualnej nie łączyło mnie z nim absolutnie nic. Nie chodzi nawet o to, że chciałabym dyskutować z nim o polityce, filozofii, czy chociażby kulturze współczesnej. Nie. Ja zwyczajnie chciałam móc zażartować i nie być oskarżaną, że kpię sobie z jakichś tam wartości i co gorsza z niego. Nowemu brakowało rzutkości, którą zawsze w mężczyznach ceniłam. Złośliwość, jeśli nie doprawiona odrobiną inteligencji i poczucia humoru, jest zwykłym chamstwem i z czasem zaczęłam zauważać, że Nowy serwuje je na dziesiątki sposobów. Był również mistrzem w innych dziedzinach. Jak nikt inny potrafił wymóc na mnie określone działania, których nie chciałam, a które były mu na rękę, sprawić że przez to cierpiałam i jeszcze odczuwałam żal, że narażony był na jakieś nieprzyjemności. Odchodziłam od niego dziesiątki razy, ale nieskutecznie. Nowy był nieoceniony w podbijaniu serc niewieścich. Wiedział dokładnie kiedy powinien zadzwonić, jaką wiadomość przesłać, jak nigdy nie przepraszając uzyskać przebaczenie. Tego w żaden sposób nie można mu odmówić.
Kaśka, kiedy tylko przyleciała w odwiedziny, zachwycała się Nowym - jaki on przystojny, jaki sympatyczny, jaki szarmancki i jak bardzo we mnie wpatrzony. No i może już niebawem pozwolę mu się zaobrączkować i powiję małe Nowinki... Gdyby ona tylko wiedziała, że Nowy wpatruje się we mnie aby kontrolować choćby najmniejszy ruch oczu, oczywiście śledzący jakiegoś wyimaginowanego samca, by wiedzieć czy nie robię jakichś min, mających pokazać, że nie ma dla mnie znaczenia co myśli, mówi i robi, a co gorsza nie szanuję go zupełnie.
Ostatnia wizyta przyjaciółki, jej wszystkie ochy i achy nad Nowym oraz jego, niewidoczne dla nikogo poza mną, paranoiczne zachowania do spółki z moją obojętnością stworzyły ładunek wybuchowy. Najprawdziwszą bombę z lekko opóźnionym zapłonem. Kilka dni później odwiozłam Kaśkę na lotnisko i po raz pierwszy ucieszyłam się, że już za chwilę zostanę sama, że zniknie, a wraz z nią całe to słodkie ćwierkanie. Uściskałam ją mocno i do ucha wyszeptałam - Dziękuję. - Odeszłam i na pożegnanie, nie odwracając się, pomachałam do niej. Usiadłam za kierownicą auta i pognałam przed siebie. Miałam wracać do domu, ale zmieniłam zdanie. Spośród płyt znajdujących się w moim aucie, wybrałam tą z napisem Carmina Burana, włożyłam ją do odtwarzacza, wcisnęłam play i ruszyłam w dalszą drogę. Dźwięki muzyki płynące z głośników dawały mi siłę i ukojenie. Sprawiały też iż przestałam na jakiś czas myśleć, a było to wielkim wytchnieniem od niekończącej się gonitwy myśli. Liczyła się tylko ta chwila, muzyka i prędkość. Nie wiem jak długo tak jechałam, nie zastanawiałam się nad tym dokąd zmierzam, gdzie mam zakręcić, a gdzie zawrócić. Pozwoliłam rządzić instynktowi. Dojechałam pod sam dom, w którym mieszkałam w Chelmsford. Podeszłam do drzwi i nacisnęłam dzwonek. Nie wiedziałam dlaczego tak postąpiłam, wydawało mi się to zupełnie oczywiste. Nie miałam pojęcia, kto mi te drzwi otworzy. Po chwili stanęła w nich Maria. Jej uśmiech nagle zniknął z twarzy. Kazała wejść do środka i podała mi chusteczkę.
- Masz, wytrzyj oczy, jesteś cała zapłakana. - Powiedziała stawiając czajnik na gaz, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że cała drogę płakałam. Wydmuchałam nos i dopiero wtedy mój bezgłośny płacz zamienił się w krzyk rozpaczy. - Widzę, że herbata nam się zupełnie dziś nie przyda. - Zdjęła czajnik z gazu i z szafki nad zlewem wyjęła butelkę Teacher'sa.
Ciągle jeszcze popłakując opowiedziałam Marii o wszystkim. O tym jak bardzo pokochałam Michaela i jak bardzo mi go brak, o tym jak oszukuję najbliższą mi przyjaciółkę, bo wydaje mi się, że robię to dla jej dobra, o tym jak życie przelatuje mi przez palce, a ja chciałabym żeby wydarzyło się w nim coś wyjątkowego i wartościowego, ale póki co robię same idiotyczne rzeczy. Opowiedziałam jej o Nowym, co do niego czuję, a czego nie... Była to jedyna taka rozmowa w moim życiu. Maria nie mówiła dużo, nie ponaglała mnie, podawała tylko chusteczki i dolewała whiskey do szklanki. Po kilku godzinach tej ni to rozmowy, ni to monologu poczułam wielką ulgę. Położyłam się na kanapie i zasnęłam. Zbudził mnie zapach świeżo parzonej kawy z cynamonem i ciepłych tostów z masłem orzechowym.
Cały weekend spędziłam z Marią na rozmowach o życiu, na zakupach i kucharzeniu. Teachers'a zastąpiłyśmy czerwonym winem i cieszyłyśmy się babskim towarzystwem.
- Wiesz co musisz zrobić. - Powiedziała Maria na pożegnanie i dodała - Tutaj zawsze masz swój dom. - Pomachała ręką na pożegnanie.
Do domu dotarłam niedzielnym popołudniem. Na telefonie nagranych było mnóstwo wiadomości i wszystkie od Nowego. No tak, zniknęłam mu z oczu w czwartek... Nie słuchałam jednak, co miał do powiedzenia.  Po usłyszeniu jego głosu dobiegającego z sekretarki, wiadomość natychmiast kasowałam. Wzięłam prysznic i zawinięta w szlafrok usiadłam z lampką wina przed telewizorem. Wtem rozległo się pukanie do drzwi, otworzyłam je, a w progu stanął Nowy. Nie rozpoznałam wyrazu jego twarzy. Była tam i wściekłość i ulga zarazem.
- Mogę wejść? - Zapytał. A ja pomyślałam sobie, że nie jest to najlepszy moment, ale kiedy będzie ten właściwy? Otwarłam drzwi szerzej i milcząc wykonałam zapraszający gest.
Nowy wszedł do pokoju, położył kluczyki od auta na stole i nie czekając na zaproszenie usiadł na kanapie. Wzrok utkwił w lampce wina.
- Napijesz się? - zapytałam i zwróciłam się w kierunku kuchni. Po chwili oboje siedzieliśmy w zupełnej ciszy sącząc wino. Nowy zdecydowanie nie był człowiekiem, w którego obecności cisza nie przeszkadza. Ta, która zapanowała między nami bezgłośnie krzyczała i boleśnie wdzierała się w każdy zakamarek ciała.
- Długo cię nie było. - Nowy przerwał milczenie. - Dzwoniłem kilka razy bo martwiłem się się o ciebie.
- Martwiłeś się? A ja myślę, że chciałeś mnie kontrolować. - Odparłam i tym sposobem wywołałam wilka z lasu.
Rozpętała się kłótnia. Jedna z wielu, ale miałam nadzieję, że już ostatnia. Twarz Nowego przybrała taki wyraz, jakiego dotychczas nie widziałam. Nowy nie przestawał mówić, a im więcej wypowiedział, tym bardziej wolałam aby przestał już gadać.
- Zamilknij wreszcie i wyjdź! - zażądałam. - Wszystko, co mówisz obnaża tylko jaki jesteś! A ja nie wiem, szalony czy głupi. - Rozwścieczyłam tym Nowego. Chlusnął mi winem w twarz, rzucił mnie na kanapę i całym ciężarem przyparł do niej. Przez myśl przewinęły mi się dziesiątki obrazów będące sekwencją możliwych wydarzeń mających teraz nastąpić. Resztkę energii poświęciłam na zebranie wszystkich emocji i chłodno acz stanowczo wysyczałam - Wyjdź stąd.
Zadziałało. Nowy podniósł się, spojrzał pogardliwie na mnie i ruszył w stronę drzwi.
- Klucze! Zapomniałeś kluczy. - krzyknęłam do niego, chwyciłam kluczyki i rzuciłam w jego stronę.
Wściekł się. Rozjuszony ruszył w moim kierunku i spoliczkował mnie.
Podniosłam głowę, wierzchem dłoni otarłam krew płynącą z rozciętej wargi i zdałam sobie sprawę, że mnie zaskoczył, że nie spodziewałam się, a chyba powinnam. W tym samym momencie przestałam czuć do niego cokolwiek. Nie było we mnie miejsca na nawet odrobinę sympatii ani nienawiści. Nic, pustka, przestał dla mnie istnieć.
- Wiesz gdzie są drzwi - powiedziałam zupełnie spokojnym, pozbawionym emocji głosem.  Chłód tych słów był niemal namacalny.
***
Nowy to przeszłość.  - wystukałam na klawiaturze telefonu i wysłałam wiadomość do Kaśki. Niemal natychmiast rozległ się dźwięk dzwonka, a ja usłyszałam w słuchawce przepełniony smutkiem głos przyjaciółki.
- Jaka przeszłość, co ty mówisz? - pytała z niedowierzaniem - Zostawił cię?
- Wiesz, ja nigdy nie byłam jego, więc nie mógł mnie zostawić. Tłamsił mnie, wysysał ze mnie energię. Uderzył mnie... - wyrzuciłam z siebie i chyba miałam nadzieję, że Kaśka nie usłyszała ostatniego zdania, ale musiałam jej to powiedzieć.
Zapanowała cisza, a po chwili obie zaczęłyśmy płakać.
- Mam nadzieję, że oddałaś skurwielowi! - Kaśka wycedziła przez łzy.
- Nie. Nie jest wart nawet splunięcia. - Odparłam.
Przegadałyśmy kilkadziesiąt następnych minut, tak jakby nie była to rozmowa telefoniczna, tak jakbyśmy siedziały obok siebie, zupełnie jak za starych czasów.
***
Obolała i niewyspana zwlokłam się z łóżka. Było już późno, zbyt późno aby iść do pracy. Wybrałam numer do biura i z wielkim trudem poinformowałam o nieobecności. Przy każdym, choćby najmniejszym ruchu ustami, pęknięta warga dawała o sobie znać. Wstałam, poczłapałam w kierunku lustra, zerknęłam na własne odbicie, podeszłam do barku i chwyciłam butelkę Jacka Danielsa. Wyjątkowo kiepski początek dnia - pomyślałam i dzierżąc butelkę w ręce wróciłam do lustra. Popatrzyłam raz jeszcze. Pęknięta, lekko opuchnięta warga z niewielkim siniakiem to niska cena za zachowanie godności i odzyskanie wolności - uśmiechnęłam się sama do siebie. Za ciebie Irka! - Wzniosłam toast do lustra i pociągnęłam solidny łyk.
***
Kaśka całą tą sytuacją z Nowym przejęła się dużo bardziej niż ja. Dzwoniła do mnie kilka razy w tygodniu, czasem nawet kilkakrotnie w ciągu dnia. Chciała rozmawiać, uważała bowiem, iż przeżyłam straszną traumę - w końcu zostałam pobita, a i niewiele brakowało bym była także ofiarą gwałtu - i tylko długie rozmowy, wymiana zamków we wszystkich drzwiach, zamontowanie krat w oknach, wynajęcie firmy ochroniarskiej i zakup broni, mogą pomóc mi, aby w tym wszystkim się odnaleźć i pozbierać do kupy. Wymieniać zamków nie miałam potrzeby ponieważ Nowy nigdy nie dostąpił zaszczytu posiadania klucza do mojej twierdzy, krat w oknach montować również nie zamierzałam, bo zwyczajnie nie chciałam zamykać się w klatce, broń kupiłam wiele lat temu, o czym Kaśka wiedzieć nie musiała, a firma ochroniarska? - Nowy to zwykły tchórz, więc miałam nadzieję, że byłby to zupełny zbytek. Rozmowy z Kaśką nie były remedium na rany, które zadał mi Nowy. Przyniosły jednak zmianę jego przydomka. Nowy zyskał bardziej adekwatne imię - Ohydna Kupa Gówna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz