"Masz cztery dni wolne,
zaczynając od dziś. Nie obawiaj się, nie szukaj odpowiedzi na pytania, które
chciałabyś zadać. Żyj chwilą!"
Gdyby nie kubek pysznej kawy
dołączony do tego liściku, wpadłabym w dziki, dziki szał.
Chłopak z pobliskiej kawiarni
zadzwonił do moich drzwi o siódmej rano i wręczywszy mi przesyłkę natychmiast
zwiał. No tak, ktoś go uprzedził o moich zwyczajach.
- Cholera, kto to może być? Pewnie
znowu Kaśka robi mi jakiś idiotyczny żart. - pomyślałam - Jakim trzeba
być psycholem, aby wysyłać biednego studenta do mnie bladym świtem? Przecież
brakowało tak niewiele, bym skoczyła mu do gardła i zatopiła zęby w jego szyi,
by po chwili sączyć ciepłą jeszcze krew... Tak, czasem budzą się we mnie
mordercze zapędy. Zwłaszcza gdy ktoś brutalnie budzi mnie ze snu.
W zamian za to, napiłam się łyk kawy,
zapaliłam papierosa i zagapiłam się w przestrzeń za oknem. Sama nie wiem, co
smakowało mi bardziej. Wzięłam prysznic i ledwie zdążyłam się ubrać, gdy znowu
ktoś zapukał do drzwi. Jakiś niewysoki wąsaty facecik z bukietem herbacianych róż w ręku wyśpiewał mi piosnkę. Śpiewający telegram twierdził, że mam cztery dni
wolnego i pół godziny na to, aby zapakować walizkę. Spojrzałam w
kalendarz, żaden prima aprilis, chłodny grudzień raczej...
- No ładnie, zapowiada się prawdziwy
dzień świra - pomyślałam sobie. - Wiele do stracenia nie mam, może nudną pracę,
może pustą głowę...
Dopijając zimną już kawę wrzucałam do walizki
wszystko, co mogłoby być przydatne, wciąż nie wiedząc jednak dokąd i
z kim mam się wybrać. Zupełnie nie rozumiałam, co zmuszało mnie, by
słuchać poleceń nieznanego nadawcy - może chęć kolejnej przygody, może
pragnienie zmiany, a może potrzeba zastrzyku adrenaliny...Nie minęła chwila,
gdy dostałam esemesa: "Wyjdź
przed dom, czeka tam na ciebie samochód. Wsiądź do środka i nie pytaj o nic. I
tak nie uzyskasz odpowiedzi."
Nie wiem, co mną kierowało. Wzięłam
walizkę i podeszłam do auta. Drzwi otworzył mi urodziwy młodzieniec w stroju
szofera. Wsiadłam. Uszu moich dobiegły dźwięki saksofonu.
- Co u diabła się dzieje?! -
zawołała moja podświadomość - Przecież tak niewiele osób wie, że
kocham saks... - Chciałam wtedy uciec z samochodu, ale nie mogłam otworzyć
drzwi, a ten cholerny kierowca zdawał się mnie nie słyszeć! - Kto? Kto wie? -
Pytałam samej siebie, ale nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem
dlaczego, ale nie czułam się w żaden sposób zagrożona. Chyba byłam
zdziwiona, że ktoś może znać mnie aż tak dobrze: pyszna kawa zamiast dzień
dobry i doręczyciel ostrzeżony o ewentualnych skutkach wczesnej wizyty oraz
mojego zwykłego porannego nastroju, ulubione kwiaty i ta muzyka...
Jechaliśmy tak kilka długich godzin,
aż wreszcie znużona zasnęłam. Gdy się obudziłam,
zobaczyłam niewielką leśniczówkę. Pomyślałam sobie, że nie ma sensu
tak siedzieć i weszłam do środka. Domek, utrzymany w stylu typowo myśliwskim,
stwarzał przyjemne wrażenie, choć muszę przyznać iż zawieszone na ścianach
poroża przyprawiały mnie o dreszcze. W kominku płonął ogień. Przy kominku stał
niewielki stoliczek, a na nim płonąca świeczka, przy świeczce kolejny liścik: "Podążaj za światłem".
- Co za głupi żart. - pomyślałam
sobie - Jedynym źródłem światła jest kominek, a chyba żaden dureń nie
wyobraża sobie, że ochoczo wskoczę w ogień! - Rozejrzałam się jednak dokoła i
nagle ujrzałam delikatne, migoczące światełko. Podeszłam do niego. Ogień w
kominku zgasł. Gdzieś tam, kilkanaście kroków stąd, zapłonęła
świeczka, ruszyłam więc w jej kierunku. Zgasła równie niespodziewanie, jak
zapłonęła. Domek ogarnęła ciemność, a mi przestało się to już zupełnie podobać.
Chciałam uciec, nie wiedziałam jednak dokąd mam biec. Nagle zobaczyłam
delikatne światełko dobywające się przez jakąś szczelinę tuż nad podłogą.
Musiało dobiegać zza zamkniętych drzwi. Podeszłam do nich i pchnęłam je z
całych sił, a te z impetem uderzyły o ścianę. Światełko zgasło, a ja znalazłam
się w pomieszczeniu spowitym w ciemnościach.
Był tam ktoś jeszcze. Czułam go.
Jego myśliwską naturę samca. Jego triumf nad ofiarą, która sama, z
zaciekawieniem szła w sidła. Był tam i napawał się moim zdezorientowaniem i
swoistym lękiem. Wiedziałam, że mnie obserwuje. To było takie przerażające
i podniecające zarazem. Serce biło mi jak szalone, a ja nie wiedziałam -
zostać i zdać się na łaskę łowcy, czy uciekać? Nogi odmówiły mi posłuszeństwa,
ale to bez znaczenia, bo dokąd miałabym biec w tym mroku?
Otaczały mnie cisza i ciemność, i
jego wszechobecność.
Nagle poczułam jak łapie mnie za
ramiona, obraca w drugą stronę, delikatnie lecz zdecydowanie popycha w
przód aż trafiłam na opór - to chyba ściana. Jego zapach... Znam
go... Ale przecież to nie może być...
W tym momencie jego ręka przycisnęła
mnie do ściany, a druga powędrowała pod spódnice. Złapał za gumkę od
rajstop i zerwał je ze mnie. Nie mogłam się wyswobodzić, bo każdy mój
ruch spotykał się z oporem jego silnych ramion. Nie wydał z siebie żadnego
dźwięku. Słyszałam tylko jego przyspieszony oddech i czułam ten
zapach, ale przecież to nie mógł być on... Rozsunął moje majtki i zanurzył
we mnie swoje palce. Wstrząsnęła mną mieszanka strachu i podniecenia.
- To musi być on, a jeśli nie, to i
tak nie dbam o to. Chcę tego samca! - krzyczałam bezgłośnie, a moje wygłodniałe
ciało szukało kontaktu z tym mężczyzną.
Wysunęłam biodra w jego stronę. Nie
czekał długo. Kolanem rozdzielił moje nogi i wszedł we mnie głęboko. Poczułam
jak bierze mnie z pasją i delikatnością tak specyficzną dla... NIEGO...
- Michael - wyszeptałam resztką sił.
- Piękna - szepnął mi do ucha.
- Michael - uśmiechałam się sama do
siebie, w myślach wypowiadając jego imię.
***
Zbudził mnie chłód poranka. On leżał
przy mnie zanurzony w głębokim, spokojnym śnie. Pomimo upływu tylu lat
wciąż nieskazitelnie piękny, niczym posąg wyrzeźbiony w czarnym marmurze -
i jest tutaj, na wyciągnięcie ręki. Boję się go dotknąć, nie chcę aby zniknął
jak bańka mydlana, chcę by ta chwila trwała wieki.
Przysunęłam się najdelikatniej jak
potrafię do niego i z zamkniętymi oczami wchłaniałam jego zapach, który na myśl
przywodził mi minioną noc, a wspomnienie to kładło się uśmiechem na moich
ustach. Gdy tak rozmarzona przywoływałam przeróżne wizje, z odmętów wyobraźni
wyrwał mnie najdelikatniejszy i najsłodszy pocałunek, jaki tylko mogłam sobie
wyobrazić.
Jego zmysłowe usta całowały z
wielką czułością moje powieki i obsypywały pocałunkami wargi. Niech
ta chwila nigdy się nie skończy - powtarzałam w myślach i upajałam się każdą,
choćby najmniejszą pieszczotą, najdelikatniejszym muśnięciem, z utęsknieniem
wyczekując kolejnego dotyku. Opuszkami tych cudownych, hebanowych palców
gładził każdy kawałeczek mojej twarzy, delikatnie ujął w dłoń mój kark, co
sprawiło, że poczułam się niezwykle kruchą istotką. Jego dłonie błądziły po
moim ciele, zatrzymując się na chwile na każdym wzgórku i w każdym wgłębieniu.
Przez moment pieścił moje sterczące sutki, po to by po chwili gładzić mój
brzuch i zataczać palcem kręgi wokół pępka. Każdy jego dotyk sprawiał, że
szalałam z podniecenia, pragnęłam więcej, ale równocześnie chciałam aby już
przestał i wypełnił mnie sobą. Wsunął dłoń pomiędzy moje uda, rozsuwając je
nieco, by po chwili wejść we mnie, posiąść moje ciało i duszę. Złączeni w
jedno, jak ying yang, jego czerń i moja biel. W miłosnym uścisku trwaliśmy cały
ranek. Już dawno nikt mnie tak nie kochał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz